Friday, November 10, Pend Oreille County offices will be closed to observe Veteran's Day. Old County Courthouse 625 W 4th St., PO Box 5010 Newport, WA 99156
2023-01-07 - Explore aesthetic gnom's board "po co mi to" on Pinterest. See more ideas about muziek, tatuaż chiński, pismo chińskie.
Lyrics for Po Co Mi Ona? by B.R.O. Okej oo Odkąd pamiętam była przy mnie nim poznałem smak wokali Zaginała czas jak Salvador
2021-08-03 - Explore Anna Lewandowska's board "Nie wiem po co mi to" on Pinterest. See more ideas about nauczanie, ćwiczenia językowe, klasa 8.
Explore the tracklist, credits, statistics, and more for Po Co Mi To Wszystko by Lena. Compare versions and buy on Discogs
Provided to YouTube by ZPR Media MuzykaPo co mi to · Piotr Grzyb · Zupa GrzybowaNamiętności℗ 2022 Piotr GrzybReleased on: 2022-10-24Auto-generated by YouTube.
Parole Probation Office Directory. Kent County Probation Office. Greg Garn, Janell Freeman, Christine Witters and Nick Knebl Supervisors. Kent Co. Circuit Court Probation. 82 Ionia Ave NW, Suite 100. Grand Rapids, MI 49503.
AQ7Z. Zasnął… złamał mi się kręgosłup, ale udało mi się go uśpić. Babcia kiedyś opowiadała mi, że dzieciom gotowało się „makowinę” żeby poszły spać. A rodzice … w pole. I co? Że niby czasy się zmieniły? Ja żeby „oporządzić” na blogu też muszę najpierw to małe uśpić bo przecież z „żywym” się nie da nic zrobić. Muszę spróbować tej „makowiny” ;) Po co mi to dziecko? Mogłabym teraz siedzieć gdzieś na obiadku służbowym na drugim końcu świata albo spijać drinki z kokosa na plaży na Kanarach. Mogłabym przeżywać ekstazę związaną z powodzeniem milionowego kontraktu w pracy. Mogłabym gonić po pracy na siłownię, po siłowni na saunę a po saunie na sushi z mężem (a tak, żeby wszystko było na „s”). A w weekendy moglibyśmy chodzić do kina, jeździć konno albo kupować masę rzeczy na „k” w centrach handlowych… no bo co tu robić z nadwyżką kasy? Mogłabym tak wiele… Liter w alfabecie wystarczyłoby na całe życie. Mogłabym, ale NIE CHCĘ! Nic i nikt nie jest w stanie dać mi tyle szczęścia! Tyle uśmiechu. Tyle emocji. Tyle … (mam się znów zacząć bawić się w alfabet?:) Po co mi to dziecko? Po to, żeby uczyło mnie życia. Czad… niespełna 9-miesięczne dziecko uczy życia 27-latkę. Tak. Moje dziecko nauczyło mnie już wiele (uwaga – nie będzie tu żadnego górnolotnego strzępienia „klawiatury”): Spacery… Nigdy nie lubiłam „samego” spacerowania. Rower, rolki, cokolwiek – byle nie na nogach, byle nie bez celu. Teraz wyjście do centrum handlowego to nowa okazja do pokonania kilometrowych dystansów z wózkiem. „Bo dziecko pooddycha, bo się prześpi, bo poogląda świat”. I pomimo bąbli na stopach (nie ma buta, który nie zrobiłby mi odcisku) i zakwasów dzień później, nagniatam z tym wózkiem przez pół miasta zamiast wsiąść w samochód, zrobić swoje i wrócić. Świat jest taaaaaki ciekawy! Chcę pokazać małemu wszystko. Dosłownie wszystko. Pcham ten wózek i jadaczka mi się nie zamyka. O! Zobacz – ptaszek, drzewko, listki, trawka, samochód, Pan i Pani, piesek, parasolka… bla, bla, bla :) Widzę żywe zainteresowanie mojego dziecka, zastanawiam się co mu się w tym tak bardzo podoba i nagle dociera do mnie, że te liście na drzewie tak pięknie powiewają na wietrze, pszczoła na mleczu jest ciekawsza niż „Na dobre i na złe” i „M jak Miłość” razem wzięte ;) a pies aportujący kijek hipnotyzuje mnie na długie minuty. Czas ucieka tak szybko Trzeba wykorzystać ten czas, który mamy maksymalnie. Już nie odkładam czegoś „na później”. Chcę zrobić wszystko na raz. Jak najwięcej. Kiedy mały śpi uwijam się jak mrówka żeby wykorzystać każdą chwilę. Nie – nie szaleję. Sprawia mi to przyjemność. Kiedy pod koniec dnia, padnięta kładę się spać, mam świadomość tego, że spędziłam go produktywnie. Zrobiłam to, to i to. Nagle, minuty skradzione Panu Zegarowi, które mogę poświęcić na zrobienie kawy, prania czy napisanie kolejnej notki na bloga są cenniejsze niż niejeden skarb. Spędzenie ich przed telewizorem albo na oglądaniu filmików na Joe Monster byłyby profanacją! Drugie dzieciństwo Dzięki temu małemu szkrabowi przenoszę się znów do krainy snów, bajek, dziecięcych zabaw. Skaczemy razem na łóżku, czytamy sobie bajki, układamy klocki, rzucamy do siebie piłką. I kiedy widzę ten sześciozębny uśmiech i piękne dołeczki przypomina mi się jakim szczęściem było dla mnie podrzucanie piłki „za dzieciaka” czy przytulanie się do świeżej pościeli. Moje dzieciństwo traktuję teraz jak dobrą ściągawkę. Włączam szare komórki, przewijam wstecz i przypominam sobie co sprawiało mi najwięcej radości, czego żałuję, że nie zrobiłam. Dziecko daje nam szansę na przeżycie naszego dzieciństwa jeszcze raz. Ze zdwojoną siłą. Bo cieszy się wtedy dwójka dzieci – to, które widzimy i mamy przed sobą oraz to, którym na zawsze pozostaniemy w środku. Niedawno wymyśliłam sobie taką teorię, że nasze życie składa się ze ściśle powiązanych ze sobą etapów. Po dzieciństwie przychodzi okres młodzieńczy (pierwsze miłości, plany, oczekiwanie na dorosłość). Kiedy już jesteśmy tymi „dorosłymi” obywatelami zaczyna się czas studiów, uniezależnienia od rodziców, czas poszukiwania własnego ja, szalonych imprez, przygód. Ale to się kiedyś nudzi. Masz już pracę, weekend w końcu nie przynosi ochoty na kolejną imprezę, wycieczkę czy inną aktywność. Zaczyna się robić… nudno? :) Wtedy pojawia się dziecko, które przenosi nas do krainy snów i marzeń, umiejętnie odwraca naszą uwagę od aktualnych problemów związanych z pracą, pieniędzmi i wszystkim tym, czym w rzeczywistości nie powinniśmy się przejmować. Znów stajemy się dziećmi. Chociaż na chwilę. I to nam pozwala przetrwać ten najtrudniejszy okres w naszym życiu. Okres, który bez dziecka stałby się pewnie dla większości z nas bezsensowną gonitwą za tym co materialne, co w ogólnym rozrachunku wcale więcej szczęścia nam nie podaruje. Dalej żyjemy na pełnych obrotach, ale jest balans. Jest równowaga. I nagle ten czas znudzenia sobotnim wyjściem, chwilami sam na sam z mężem i wszystkim tym co wydawało nam się takie powszechne, nudne, pospolite staje się znów czymś wyjątkowym. Kochasz swoje dziecko, uwielbiasz spędzać z nim czas, ale chwila tylko dla rodziców, chwila samotności w wannie wypełnionej po brzegi pianą i zwykła książka odzyskują tą magię, o której kiedyś zapomniałyśmy. Bo było ich aż tyle, że nam spowszedniały. I okazuje się, że dzięki dziecku twoje życie składa się z samych wyjątkowych chwil. Wyjątkowych chwil z dzieckiem, wyjątkowych chwil z mężem, wyjątkowych chwil z przyjaciółmi, wyjątkowych chwil w samotności… . Nagle posprzątanie domu przynosi satysfakcję (bo udało mi się w końcu to zrobić), sukcesy w pracy dają 100 razy więcej radości (bo dajemy radę na tylu poziomach życia). Dziecko to dar. Nie jest ławo, nie jest prosto, ale dla ludzi, którzy nie zajmują się wiecznym narzekaniem na życie jest dodatkowym, pozytywnym kopem do działania. Posiadanie dziecka, choć jest z założenia irracjonalnym instynktem, to najlepsze co może nam się w życiu przytrafić. Pamiętajcie o tym, kiedy będziecie zmieniały dziecku zapaćkaną PRZE-śmierdzącą kupą pieluszkę i przewróci Wam się na boczek wcierając wszystko w świeże prześcieradło. Ja pamiętam, dzięki czemu łatwiej mi się uśmiechnąć w tej dramatycznej chwili. „Wróci tata z pracy to zmieni” hue hue hue. Low Ju Maciunio! Taki żarcik na koniec <3
Po złożeniu komputera możemy go uruchomić, jednak bez programów będzie on tylko bezużyteczną maszyną zużywającą tylko prąd... Programy wprawiają maszynę w ruch, jednak by je uruchomić musimy posiadać system, który pozwoli zarządzać tymi z pomocą przychodzą różne systemy począwszy od przestarzałego już dziś dosa poprzez kolejne wersje Windowsa 95, 98, 2000, Xp, Vista a skończywszy na Windowsie 7. Oczywiście na Windowsach świat się nie kończy. Konkurencja nie przespała tego czasu, powstało też trochę systemów kompatybilnych z komputerami PC a jeden z największych konkurentów Windowsa to oczywiście Linux. Musimy zatem skorzystać z systemu, który pozwoli na uruchamianie na naszym PC programów, np. edytor tekstu, program graficzny czy też gra komputerowa. Możemy wybrać z nich z czego Windows jest bardzo często używany jako system w komputerach domowych jak i w firmach. Linux jest bardzo popularny jako jako serwer WWW oraz przez tych, którzy zechcieli poświęcić swój czas by nauczyć się jego obsługi. Zobacz inne:
Moja decyzja nie była powodem przegranego zakładu czy noworocznego postanowienia, o nie! Po prostu w pewien styczniowy poranek wstałem i zdecydowałem się na natychmiastowy, zdrowy detoks. Razem z decyzją o "wolnym od alkoholu" zmieniłem jeszcze jedną, bardzo ważną rzecz — zacząłem kłaść się spać wcześniej — najpóźniej o godz. 22 i starać się przesypiać codziennie osiem pełnych godzin. Z czego zatem dobrowolnie zrezygnowałem na co najmniej miesiąc? Jestem typem pijącym umiarkowanie, mieszczę się w typowym dla mojego wieku średnim przedziale spożycia — ani za dużo, ani za mało. Preferuję piwo niskoalkoholowe, kraftowe produkcje w stylu IPA, APA lub najzwyklejsze lagery z prowincjonalnych czeskich browarów. Reklamowanego w TV piwa z dużych koncernów pić się nie da. Lata temu straciłem smak na wino, które teraz piję okazyjnie – najczęściej w pracy (sic!) lub przy szczególnych okazjach. Mocnych alkoholi nie tykam, bo mi nie smakują, wódkę piłem ostatni raz pewnie dwadzieścia lat temu. Czy ja mówiłem, że nie pijam wina? No trochę kłamałem. Jakkolwiek to zabrzmi, lubię pić i piję dużo i nie o alkohol tu chodzi. Wciąż muszę mieć pod ręką coś, co można pić, siorbać, sączyć. Bardzo ważne jest dla mnie, co pijam. Poza tym spożywanie odpowiednich ilości wody pomaga uzupełnić jej niedobory. Z reguły w ciągu doby powinno wypijać się nie mniej niż dwa litry płynów. Na potrzeby mojego detoksu podliczyłem, ile wypijam płynów w ciągu dnia. Dla ułatwienia przyjmuję, że jeden kubek lub szklanka to 200 ml płynów. Na czczo od wielu lat piję kubek ciepłej wody z imbirem, cytryną oraz mielonymi przyprawami: cynamonem, kardamonem i goździkami. Woda z imbirem na czczo pobudza soki trawienne, co pozwoli wspomóc metabolizm organizmu. Foto: Marcin Mroczko / Onet To nie jest prosecco na szklanki, tylko ciepła woda z cytryną i imbirem. Następnie wypijam około półtorej szklanki świeżo wyciskanego soku, najczęściej z marchewki, jabłek, cytryny z imbirem i kurkumą oraz z buraka i czerwonej kapusty. To prawdziwy witaminowy shot. W trzeciej kolejności wypijam litr yerba mate (susz ostrokrzewu paragwajskiego), która zawiera wiele witamin i minerałów (A, B1, B2, C, E, H; magnez, sód, potas, żelazo, miedź, siarka, mangan, fosfor, krzem). W ciągu dnia wypijam też około dwóch litrów herbaty (białej, czerwonej, zielonej, z czystka), litr wody z cytryną i dwie kawy. Oczywiście, gdy jest cieplej na zewnątrz, zmieniam proporcje wypijanej herbaty i wody. Wychodzi ponad cztery litry płynów dziennie, nieźle, sporo powyżej średniej. Gdy powiedziałem o moim detoksie w redakcji, zamiast lasu rąk wspierających osób, usłyszałem tylko: Znaleźli się też tacy, którzy nie pili od kilku miesięcy, zmuszając mnie do zastanowienia, czy rzeczywiście robię coś spektakularnego. Na marginesie: praca w naszej redakcji jest pełna pokus. Czasem trzeba odwiedzić jakiś browar albo winnicę, uczestniczyć w obiadach i kolacjach prasowych, pod koniec roku kurierzy nieustannie kursują z "darami losu", najczęściej takimi zamkniętymi korkiem z kory dębu korkowego, rzadziej nakrętką lub kapslem. Zdecydowanie nie jest to praca dla abstynentów, w końcu za uchylanie się od obowiązków w pracy można dostać upomnienie od przełożonego! Czas zatem zacząć test! Foto: Marcin Mroczko / Onet Praca w ciężkich warunkach, nie można skupić się na pisaniu, za dużo "rozpraszaczy". Pierwszy tydzień detoksu Nieoczekiwanie dla siebie i spontanicznie mój test mógłbym zacząć już kilka dni wcześniej. Dobre przetarcie miałem w sylwestrowy wieczór, który spędziłem nieprzymuszony przez nic i nikogo przy litrach gorącej białej i czerwonej herbaty. W żadnym wypadku nie był to falstart. Było miło, tylko idioci strzelający sztucznymi ogniami zepsuli mi humor. Trwając w świąteczno-noworocznym letargu, nie było okazji do spotkań, przy których można powspominać przy kuflu stary rok, niezrealizowane plany czy marzenia na przyszłość. Zamiast tego wybrałem ciepłe koce, grube pledy, wygodę fotela i kota na kolanach. Pierwszą dekadę stycznia spędziłem w domu przy litrach ciepłej czerwonej herbaty. Od razu zapomniałem o alkoholu. Na samą myśl o szklance piwa robiło mi się niedobrze. W nocy budziłem się za to bardzo głodny. Cóż, puste, chmielone kalorie dostarczane wieczorem razem z różnymi przekąskami — wszak alkohol wzmaga głód — się skończyły. Na duży plus w pierwszym tygodniu zaliczam uczucie lekkości na brzuchu, nie czuję się opuchnięty i nadęty w tym miejscu. Tak trzymać! Foto: Marcin Mroczko / Onet Shot, który kopie, ale nie tak jak myślicie. W pierwszej, leniwej dekadzie stycznia łatwiej było także wprowadzić nowe nawyki związane z właściwą higieną snu. Dotychczas rzadko kładłem się spać przed północą, a często wstawałem o szóstej rano. Teraz o godz. 22 jestem już w łóżku, najpóźniej półtorej godziny wcześniej biorę prysznic i jem lekką kolację. Po godz. 21 to także czas offline, staram się nie korzystać z komputera i smartfona, a telewizora nie mam. „Niebieskie światło” emitowane przez ekrany tych urządzeń jest koszmarem dla głowy i utrudnia zasypianie. O tej porze tylko słowo drukowane – lektura książki lub gazet. Zasypiam łatwo, śpię mocno i śnię intensywnie. Budzę się z wrażeniem, że przespałem całą noc, tymczasem jest dopiero wpół do drugiej w nocy. Zasypiam ponownie i budzę się wyspany o czwartej nad ranem. Uczucie trochę jak przy zmianie czasu lub i jet lagu. Znajome uczucie znane raczej z podróży gdzieś do Azji czy Argentyny. Dziwne, tym bardziej że nigdzie z domu się nie ruszałem. Drugi tydzień Wstaję o siódmej rano, a w głowie szumi mi jak po niezłej imprezie. O co chodzi? Zrzucam to na karb wyjątkowo niespokojnych i intensywnych snów, które czasem potrafią wymęczyć bardziej niż tańce do rana. Poza tym bez zmian. Herbata wciąż wchodzi dobrze i w dużych ilościach. Foto: Marcin Mroczko / Onet Yerba mate: dobre, legalne ziele Tymczasem zbliża się weekend i pierwsze wyjście z domu od czasu rozpoczęcia detoksu. Wybieram się na kilka dni poza Kraków, na spotkanie z rodziną. Weekend plus spotkanie ze szwagrem brzmi jak gwarantowana okazja spożycia napojów, na które akcyzę nakłada minister finansów. Piątek wieczór, sobota wieczór, czekam, aż poczuję jakieś ukłucie, boskie dotknięcie i głos „napij się”. Nic się nie dzieje, owszem, piję, ale ochotę mam co najwyżej na wodę z cytryną. Dalsza część tekstu pod materiałem wideo. Wyparłem istnienie alkoholu z głowy. Po dwóch tygodnia zapomniałam, że piątkowy wieczór można spędzić z zimnym piwem w ręku! Dziwne, nowe uczucie, choć w sumie podobnie mam od dobrego roku z Netfliksem. Po dwóch tygodniach zasypiania wcześniej przyzwyczaiłem organizm do takiej pory, najpóźniej o godz. 21 głowa woła o poduszkę. Każde odstępstwo od tego źle znoszę. Trzeci tydzień Zaczął się normalnie, a miał skończyć się w weekend trzęsieniem ziemi. Do Krakowa miał zawitać na koncert zespół Kult w ramach przełożonego z jesieni koncertu. Koncert i piwo są tak blisko siebie, jak rząd i podatki. Jedno bez drugiego nie może istnieć. Jednocześnie już w jednym z najbardziej znanych utworów („Wódka”), Kazimierz Staszewski przestrzegał przed zgubnym wpływem alkoholu na społeczeństwo. No więc napić się czy nie? Z reguły podawane w takich miejscach i okolicznościach sikacze w cienkim plastikowym kubku smakują ohydnie. Zastanawiałem się, jak to będzie. Z problemu wybawił mnie e-mail od organizatora – koncert po raz kolejny przeniesiono. Zamiast fikołków pod sceną, kolejny weekendowy wieczór spędzam przy gorącej herbacie, mieszając tylko w dzbanku ich kolory: biały, czerwony, zielony, czasem czarny, choć ta nie jest zdrowa… Czwarty tydzień Rozpoczął się tak, jak skończyć miał się tydzień trzeci. Spontanicznie, w środku ferii zimowych pojechałem do Zakopanego. Z Krakowa, w poniedziałek przed południem pokonanie tej drogi zajęło mi dwie godziny. Odcinkiem z Nowego Targu do Zakopanego byłem wyczerpany, poirytowany i zły. Czułem się wyżęty, jakby kazano mi wbiegać na Kasprowy Wierch. Nie wiem i nie chcę myśleć, jak wygląda trasa w piątkowe i niedzielne popołudnia. Przepraszam, ale na trzeźwo się nie da o tym myśleć. W Zakopanem nie było mnie dobre dwadzieścia lat, a może nawet dużej. Prawdopodobnie ostatni sylwester ubiegłego milenium tu spędzałem, co oznacza, że jestem tu pierwszy raz w XXI w.! Foto: Natalia Gomułka / Onet Zatłoczone Krupówki w ferie Góry wyglądają wspaniale, Zakopane trochę mniej. Są ferie, mimo że jest poniedziałek, tłum turystów dość spory. Jak dobrze, że nie zostaję tu na noc: zakończyłbym niechybnie mój detoks lub jeszcze bardziej się w nim utwierdził. Pokusy czyhają na każdym kroku. Już kilkanaście kilometrów przed miastem, przy zakopiance kuszą podróżnych reklamy lokalnego browaru. Przy Krupówkach na każdym kroku trafiam na stoiska z alkoholem, grzanym winem i piwem. W lokalnym dyskoncie w koszykach klientów najwięcej miejsca zajmują zgrzewki piwa i butelki z „rudą”. Naganiacze na Krupówkach jak mantrę powtarzają: Chyba czas wrócić do domu. Wtem! Pod koniec tygodnia zrobiło mi się bardzo smutno na myśl, że te wszystkie piwa chłodzące się w lodówce, zmarnują się przez mój detoks. Mają ograniczony termin spożycia i będę musiał je wylać. To czyste marnotrawstwo. Udałem się do kuchni, otworzyłem lodówkę, sięgam po butelkę, w drugiej ręce trzymając otwieracz. Po chwili usłyszałem długie, znajome i miłe uchu syknięcie: pssssss… Tak, tego dźwięku nie da się z niczym pomylić. Budzę się. Tak, to był tylko sen. Mając trochę czasu, usiadłem, aby dokończyć zaległy tekst z wizyty w hiszpańskiej Kastylii-La Manchy. Poza tym, że żył tam bohater powieści Don Kichot, robią tam świetne wina. Foto: Zenon Zyburtowicz / Onet Don Kichote czy Sancho Pansa? Nie mogłem się zdecydować. Nie jest to mądry pomysł, pisać o winiarzach i ich produktach w czasie mojego detoksu: Łatwiej jest mi pisać, przywołując jakiekolwiek skojarzenia z miejscem opisywanym. Pisząc swego czasu o Wietnamie, rzuciłem się namiętnie do gotowania zupy pho, bo jej zapach wypełnił nie tylko kuchnię, ale całą kamienicę. Wspominając wizytę w Buenos Aires, czytałem Gombrowicza, a pisząc o Lizbonie, wzruszałem się rzewnie przy fado, zajadając pyszne ciasteczka pasteis de belem. No i jak tu dobrze pisać o butelkach airena czy syraha? Za to czuję, że przy tej ilości spożywanej herbaty mógłbym napisać całkiem dobry tekst o dziewicach zrywających o poranku liście herbaty na Sri Lance… 30 dni bez alkoholu, co mi to dało? Miesiąc minął szybko, a ja dalej tkwię w detoksie i nie za bardzo mam ochotę na razie to zmieniać. Jest kolejny piątkowy wieczór, na myśl o choćby szklance piwa się wzdrygam. Foto: Marcin Mroczko / Onet Znajdź różnicę. Te zdjęcia dzieli 30 dni. Które jest "przed", a które "po"? Po pierwsze czuję się lżej na żołądku i brzuchu. Nie czuję się opuchnięty czy ciężki. Ogólnie czuję się lepiej, choć żadnych mierzalnych zmian nie zauważyłem. Po drugie naiwnie wierzyłem, że moja waga spadnie, nic takiego się nie stało, mimo że dostarczałem organizmowi mniej kalorii przez ten czas. Nie podjadałem wieczorami (alkohol wzmaga apetyt), choć też nie stosowałem żadnej diety. Ponadto przez te wszystkie dni nie miałem też sytuacji, które wymagałby wyjątkowej gimnastyki w nieprzyjmowaniu alkoholu. Nie odwiedzałem zawodowo winnic czy browarów, co zdarzało się wcześniej, nie leciałem samolotem i nie odwiedzałem lotniskowych saloników biznesowych, gdzie pokusa darmowych drinków jest olbrzymia. Nie wplątałem się w żadne towarzyskie sytuacje, wymagające ćwiczenia asertywności. Na zdrowie (wodą z cytryną)!
Co mi mówisz górski strumieniu? W którym miejscu ze mną się spotkasz? Ze mną, który także przemijam?... Zatrzymaj się - to przemijanie ma sens! Potok się nie zdumiewa, lecz zdumiewa się człowiek! Kiedyś temu zdumieniu nadano imię "Adam". Zatrzymaj się... ...we mnie jest miejsce spotkania " z Przedwiecznym Słowem" Jeśli chcesz znaleźć źródło musisz iść do góry, pod prąd. Gdzie jesteś źródło? Cisza. Dlaczego milczysz? Jakże starannie ukryłeś tajemnicę twego początku. Pozwól mi wargi umoczyć w źródlanej wodzie, odczuć świeżość.
Wydawnictwo: SursumDostępność: Chwilowy brak towaruDroga Ilso, Twoja książka przynosi dokładnie to, co obiecuje. Natychmiast przechodzisz do rzeczy, zawsze w sposób bardzo sugestywny. Czerpiąc z długiego doświadczenia lekarskiego i psychoterapeutycznego, przywołujesz i porządkujesz mnóstwo przykładów i wglądów dotyczących współdziałania duszy i ciała, układając je w szereg historii. Prawie niezauważenie czytelnik wchodzi w proces umożliwiający mu znalezienie rozwiązania, które było dla niego dotychczas niedostępne. Na koniec czuje się on wzbogacony i cieszy większą... Klienci, którzy kupili ten produkt, kupili także:
po co mi to