Piłka nożna, spać nie można - 「いいね! 」664件 · 1人が話題にしています - Patrząc na Jack Góralskiego pewnie wszyscy odnoszą wrażenie, że porusza się niczym gazela uciekająca przed wygłodniałą lwicą.
Sezon Fortuna 1. Ligi 2021/22 zbliża się ku końcowi. Kogo zobaczymy za kilka miesięcy w PKO Ekstraklasie? Bezpośredni awans wywalczyła już Miedź Legnica. W niedzielę może do niej dołączyć Widzew Łódź.
Szkurin zatrzymał Pogoń. Piłka nożna. Szkurin zatrzymał Pogoń. Fot. Ryszard Pakieser. Pierwszej porażki od dwóch miesięcy doznali piłkarze Pogoni. Portowcy po raz ostatni nie zdobyli punktów w meczu z Legią 27 września. Bohaterem spotkania był napastnik Stali Ilja Szkurin, który trzy razy wpisał się na listę strzelców.
Piłka nożna, spać nie można! W GONG tematy piłkarskie od zawsze wzbudzały duże emocje. W naszym teamie znajdą się kibice co najmniej połowy zespołów z tabeli…
Kto i ile pieniędzy może otrzymać z ZUS? W czwartek, 23 listopada, zapraszamy na dyżur telefoniczny Krzysztofa Cieszyńskiego, rzecznika prasowego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych na Pomorzu
Rekordy Guinnessa - piłka nożna. Piłkarskie rekordy Guinnessa są jak informacje o wysokościach zarobków. Niby nie mają bezpośredniego wpływu na wynik, a jednak każdy się nimi interesuje. To prawda, że football nie należy do dyscyplin, w których rekordy Guinnessa mają wymierne znaczenie w kontekście ostatecznego rezultatu.
Piłka nożna spać nie można⚽️⚽️⚽️ ⚫️ #DeltaSłupnoSenior | Pauza #DeltaSłupno2006 | I Liga Wojewódzka Legionowo 18.03.2023 1️⃣1️⃣:0️⃣0️⃣
FsjE3th. Bukmacher legalny Fortuna na ten weekend przygotował dla graczy specjalny konkurs. Do zdobycia jest aż 500 PLN, które można wykorzystać w salonach Empik! Piłka Nożna – spać nie można! Konkurs w Fortunie, 500 PLN do zdobycia! Konkurs bukmacherski Fortuna Promocja obowiązuje w dniach od 14 do 16 czerwca. Nie trzeba się do niej zapisywać, ponieważ kwalifikuje się automatycznie każdy gracz, który zagra co najmniej trzy kupony. W ofercie liczą się jedynie zakłady przedmeczowe na mecze piłkarskie. Nie można grać LIVE, jeśli chce się, by dany kupon został zaliczony do promocji. Do wygrania jest aż dziesięć nagród. Każda z nich to karta o wartości 500 PLN, którą można wykorzystać na zakupy w Empiku. totolotek bonus bez wpłaty Walcz z innymi o nagrody! Możesz grać kupony AKO lub SOLO, a nawet MAXIKOMBI. Wszystkie te typy zakładów kwalifikują się do promocji. Kto zdobędzie przygotowane nagrody? Dziesięć osób z najwyższym obrotem w okresie trwania promocji! Nie jesteś jeszcze zarejestrowany na stronie Fortuny? Przypominamy, że teraz wszystko załatwia się w kilka chwil, ponieważ właśnie tak działa konto tymczasowe, czyli bez weryfikacji danych! Przy rejestracji cały czas możliwy jest do wykorzystania Fortuna kod promocyjny “BETONLINE“. Wpisujesz go, a na start do otrzymania masz nawet 1000 PLN bonusu powitalnego! Konto w Fortunie to nie tylko obstawianie, ale także oglądanie meczów w usłudze Fortuna TV! :) Czas trwania: strona www i aplikacja mobilnaOferta: piłkarska oferta prematchTyp kuponu: min. SOLO, AKO, MAXIKOMBIWarunek: min. 3 kupony zawierające dowolne zdarzenia z piłkarskiej oferty prematchZwycięzcy: dziesięciu graczy, którzy w czasie trwania promocji zrobi największy obrótNagroda: karty przedpłacona do sieci sklepów Empik o wartości 500 PLN. Fortuna zezwolenie Ministerstwa Finansów SC/12/7251/10/WKC/11-12/5565. Udział w nielegalnych grach hazardowych jest karany. Hazard związany jest z ryzykiem i dostępny dla osób pełnoletnich. Zajmuję się sportem i bukmacherką na dobre od parunastu lat. Od 5 - zupełnie zawodowo i profesjonalnie. Gram przede wszystkim live, nie lubię baseballu i nigdy przenigdy nie postawię kasy na Wisłę Kraków! Kontakt z autorem: kontakt @ blogbukmacherski. pl
Nadszedł ten moment, kiedy postanowiłem założyć i prowadzić swojego własnego bloga. W mojej głowie powstaje wiele myśli, które jak dotąd pozostawiałem tylko dla siebie. Czasami są one mądre i nadające się do dalszych przemyśleń, a czasami dość głupie i skazane na zapomnienie. Większość z nich jest mimo wszystko godna podzielenia się z innymi. Dlatego też na moim blogu będą pojawiały się informacje dotyczące piłki nożnej powstające w mojej głowie. Na początek kilka informacji o mnie. Jestem studentem dziennikarstwa sportowego. Interesuję się sportem, a w szczególności piłką nożną. Moje życiowe motto to: "Uśmiech, uśmiech i jeszcze raz uśmiech". Jestem osobą pogodną, lubiącą dzielić się z innymi własnymi poglądami na dany temat. To tyle na wstępie. Piłka nożna = temat rzeka. Wiele osób już o tym pisało, dlatego ja zajmę się przemyśleniami dotyczącymi wydarzeń w tym właśnie sporcie. Wczoraj, w Lidze Europejskiej mieliśmy przyjemność oglądać dwa Polskie zespoły. Obie drużyny zakończyły swoją przygodę na pierwszej rundzie fazy pucharowej. Zarówno o Legii jak i o Wiśle nie można powiedzieć, że odpadły z klasą. Krakowianie mimo, iż piłkarsko zaprezentowali się dobrze, to po meczu wdarli się w niepotrzebną bójkę. Ta sytuacja rzuca negatywny cień na wszystkie polskie drużyny na arenie międzynarodowej. Z drugiej strony jaki przykład kibicom dają sami piłkarze. Ja osobiście jako kibic pomyślałem sobie: "Skoro oni mogą się bić to dlaczego ja nie mogę?" Mam nadzieję, że będzie to ostatni taki incydent polskiej drużyny w meczu Ligi Europejskiej czy też Ligi Mistrzów. Legia Warszawa natomiast, po remisie na własnym stadionie w rewanżu, nie potrafiła zdobyć ani jednej bramki. Co więcej. Pod koniec spotkania to piłkarze z Belgii strzelili bramkę i cieszyli się z awansu. Dodać należy, że jest to już któryś gol z rzędu stracony w taki sam, dziecinny sposób. Czy warszawianie nie wyciągają żadnych wniosków ze straconych bramek? To pytanie pozostawiam Wam wszystkim do oceny. Podsumowując: był to "czarny czwartek" dla polskich drużyn w Lidze Europejskiej. Pozostaje nam już tylko pasjonowanie się walką w o mistrza w "silnej" polskiej lidze. Ja osobiście żałuję, że zarówno Legia jak i Wisła odpadły na tym etapie, ale "mówi się trudno i żyję się dalej". Może w następnym sezonie polski zespół zdobędzie trofeum Ligi Mistrzów? Sam w to do końca nie wierzę, ale żyję marzeniami, bo to nie jest zabronione.
IZABELA KOPROWIAK: Nadal obowiązuje zasada siedmiu minut? Jak się pan nudzi, to po takim czasie wychodzi? JAROSŁAW KRÓLEWSKI: Siedem minut to metafora, ale to fakt – staram się robić krótkie spotkania. Zobacz również: Listkiewicz: Polscy sędziowie pojadą na mundial. Po takim występie ich udział jest pewny [Wywiad] Krótko być nie może, bo już trzy i pół roku mija, odkąd zaangażował się pan w Wisłę Kraków. Mocniej polska piłka zmieniła pana czy pan polską piłkę? Ambicje miał pan spore. Nadal mam, jeszcze większe niż miałem, ale myślę, że piłka zmieniła mnie bardzo mocno. Obracam się w branży, w której większość spraw, działań, wyników jest racjonalnych, często skorelowanych z IQ, EQ czy innymi twardo określonymi parametrami. W futbolu rządzą inne wzorce, których często nie da się logicznie wytłumaczyć. Ważne jest doświadczenie, które pozwala zrozumieć, jak one działają. To wymaga czasu, on pozwala nauczyć się tej swoistej logiki w wielu aspektach, nie tylko sportowym, ale też organizacyjnym, rynku transferów, pragmatyzmu ligi. Od trzech i pół roku to robimy, ten mijający sezon jest pierwszym, w którym wszystko przebiega mniej więcej normalnie. Pierwszy ledwo przeżyliśmy, w drugim przyszedł covid. Teraz mogliśmy nieco spokojniej działać. A jednak skutki tego działania są słabe, bo walczycie o utrzymanie. I trzeba to przyjąć ze szczerą pokorą. Z mojej perspektywy wygląda to w ten sposób, że podręcznikowo wiele rzeczy chcieliśmy zrobić dobrze. Przed sezonem wielu zewnętrznych obserwatorów twierdziło, że mamy dobry zestaw ludzi, że właściwie dobraliśmy piłkarzy, kadrę, transfery wydawały się udane. Wynik pokazał co innego. Ale nawet teraz, kiedy walczymy o utrzymanie, myślę, że to świetna lekcja. Lekcja czego? Pokory. Poza tym, ulubionym słowem kibiców w polskiej piłce jest profesjonalizm. Mówi się o nim na każdym kroku. Ja już trochę na świecie żyję, widziałem wiele profesjonalnie działających firm, mam nadzieję, że moją też mogę do nich zaliczyć. Kiedy spojrzymy jednak na polskie kluby, ich sposób zarządzania, to okazuje się, że niewiele jest osób, które warto naśladować, w które warto inwestować, które mają długofalową wizję. Profesjonalizmu, który da się wyuczyć w znaczeniu biznesowym, jest tu niewiele. Nie da się skończyć studiów „jak zarządzać klubem sportowym?” i po prostu osiągnąć sukces. Brzmi jak wymówka. Nie taki jest mój cel. Wielu rzeczy mogliśmy uniknąć, jednak zdobycie tej wiedzy wymaga czasu. Po prostu tłumaczę, że kiedy mówimy w kontekście polskiej piłki o profesjonalizmie, doświadczeniu, to okazuje się, że jest bardzo niewielka liczba wzorców, ludzi, których można byłoby do siebie sprowadzić. Dla mnie futbol klubowy to duże laboratorium, w którym siedzisz i eksperymentujesz ze świadomością, że w niektórych miejscach będzie bardzo bolało, że do podjęcia będą trudne decyzje. Efekty tych doświadczeń są mocno skorelowane z czasem, który poświęcasz na zrozumienie tego świata. Trudno w tych rozważaniach wątek czasu pominąć. Uważam, że w Wiśle dobraliśmy zarząd idealnie i jestem przekonany, że warto w niego inwestować. To ludzie z ogromnym doświadczeniem w sporcie. A jeśli czasu na te eksperymenty i naukę zabraknie i mówiąc wprost – spadniecie z ligi? Co oznacza dla was spadek? Trudne wyzwania finansowe. Byliśmy już w różnych sytuacjach, z tą również myślę, że byśmy sobie poradzili. Gdy zarządza się projektem, trzeba brać odpowiedzialność za niego i podołać kolejnym wyzwaniom. Nie mam wątpliwości, że sobie poradzimy. Czyli zostaniecie w klubie? Mamy zgodność, wszyscy podejmą rękawicę, ze zdwojoną ambicją zrobią wszystko, by przywrócić status quo. Po remisie w derbach będzie łatwiej? Odetchnąłbym z ulgą, gdybyśmy wygrali i mieli tak jak Zagłębie 32 punkty. Mogło się to wydarzyć, Fazlagić miał w samej końcówce piłkę meczową. Oczywiście gdyby znalazł się w niej nasz przeciwnik, na pewno piłka wpadłaby do siatki, pewnie jeszcze odbijając się od poprzeczki. Nam się to nie zdarza... Ale remis przyjęliśmy pokornie, bo nasza gra nie była wysokich lotów, wielu piłkarzy wróciło po kontuzjach. Wszystkie statystyki wskazują na to, że rozstrzygnięcia nastąpią w ostatniej kolejce. Jestem na 99 procent przekonany, że do ostatniej kolejki nie dowiemy się, kto spadnie z ligi. Algorytmy działają w piłce? Oczywiście, że tak. Na przykład Liverpool posiada jeden z większych działów data science na świecie, mają w drużynie jednego z najlepszych specjalistów od sztucznej inteligencji w dziedzinie sportu. Wydają na to ogromne pieniądze. Rozumieją, że są elementy meczu, których człowiek nie jest w stanie dostrzec, a tym bardziej przeanalizować. Dziś każdy piłkarz jest dokładnie opisany, każda sytuacja, saturacja ataków, a to będzie szło jeszcze dalej. Technologia na pewno będzie bardzo mocno opanowywać sport, wymusi zmianę pewnych nawyków. Czy w Synerise przygotowujecie oprogramowanie do analizowania meczów piłkarskich? My nie opracowujemy programów przeznaczonych do piłki nożnej, ale w Wiśle inwestujemy w to sporo środków. Oczywiście każdy trener ma inną wizję. Po przyjściu Jurka Brzęczka zaskoczyło mnie, jak dużą wagę przykłada on właśnie do analiz, największą z trenerów, których zatrudnialiśmy. Oczywiście korzystamy z typowych narzędzi jak choćby InStat, StatsBomb, analiz Catapult, nawet dokonywaliśmy własnych obserwacji w języku R. Już podczas pracy Artura Skowronka przygotowaliśmy, nawet ja osobiście ją programowałem, aplikację, w której piłkarze codziennie rano, zaraz po przebudzeniu oraz po każdym treningu dokładnie określają interaktywnie, jakie części ciała ich bolą, zaznaczają, jak się czują w scali Borga itp. Informacje te spływają w czasie rzeczywistym do sztabu medycznego, do trenera przygotowania fizycznego Leszka Dyji, którego jest to pomysł, dzięki czemu każdy piłkarz jest na treningach traktowany indywidualnie. Wszyscy trenerzy Wisły podążali za tymi nowinkami? Każdy miał swój styl... Ale jak widzimy po polskiej lidze, to nie zawsze te nowinki techniczne wygrywają. W ekstraklasie potrzeba wiele pragmatyzmu, liczą się dobrze wykonane rzuty z autu, rzutu rożne, dośrodkologia. To jest jedna z moich większych nauczek, że w naszej lidze potrzebne jest wyrachowanie, fizyczność, spryt, niekoniecznie jakość piłkarska. Podczas naszej pierwszej rozmowy mówił pan, że znajdował się w życiu w kilku sytuacjach kryzysowych, ale zawsze wiedział, że sobie poradzi, wystarczy, że będzie miał laptopa. W piłce to chyba jednak nie działa? Czy ja wiem? Mogę użyć laptopa, by ściągnąć zawodnika, by kogoś zatrudnić, przeczytać inteligentnych ludzi na Twitterze. Jeśli nie zrobi się porządnych wzmocnień w oknie transferowym, to potem laptop da niewiele. To jest ciekawy aspekt tej pracy – błędy są trudno odwracalne. Niekiedy problem też polega na tym, że ci piłkarze, którym gorzej idzie, to nie jest ten popularny szrot, o którym się tyle mówi, ale okazuje się, że do pewnych drużyn i miejsc po prostu nie pasują. Tak bywa też z trenerami, tak było z Adrianem Gulą, który uważam, że jest świetnym trenerem i człowiekiem. Ale w naszej lidze, w naszym zespole się nie sprawdził. Może ja byłbym słabym programistą, gdybym pracował w jednej z czeskich firm, czasami coś po prostu nie trybi. W piłce jest to wybitnie romantyczne, bo na wynik składa się nie tylko praca trenera, ale też postawa piłkarzy, kibiców. Jest bardzo wiele zmiennych, które codziennie mogą wpływać na efekt, nawet to, co się dzieje w głowie. Jednym z moich większych odkryć jest fakt, że w procesie rekrutacji do zespołów trzeba większą uwagę zwracać na osobowość. Patrzę z boku i mam wrażenie, że Wisła ma wyjątkowy niefart w wielu aspektach. Pan – człowiek nauki – wierzy w szczęście i pecha? Nie wierzę, ale liczba sytuacji, splotów zdarzeń statystycznie jest dość ciekawa. Gramy z Piastem, remisujemy, a obijamy dwa razy słupki, dwie poprzeczki do przerwy. Myślę jednak, że mamy zbyt duży wpływ na rzeczywistość, aby mówić o szczęściu i pechu. Ale aby coś w życiu osiągnąć, musi nastąpić odpowiedni splot zdarzeń: musimy np. poznać odpowiednich ludzi, mieć wspólne cele, ambicje i marzenia. Jak się potem to wykorzysta, zależy od ciebie. Wciąż nie znam pana diagnozy, dlaczego Wisła jest tak nisko w tabeli? Zbyt łatwo odpuściliśmy kontrolę wielu aspektów. Za mało pilnowaliśmy kwestii transferów, budowania drużyny. I nie mówię tylko o Tomku Pasiecznym, który był dyrektorem sportowym. Powinniśmy być bardziej uważni. Za mało też ufaliśmy intuicji. Z Jarosławem Królewskim spotykamy się w warszawskiej restauracji, w której wszystko się zaczęło. To w niej pod koniec 2018 roku powstał plan ratowania Wisły Kraków. Kiedy nie zaufał pan intuicji? Może w tym konkretnym przypadku to nie była kwestia intuicji, ale uważam, że błędną decyzją było to, że nie zdecydowaliśmy się na zatrudnienie Jerzego Brzęczka dużo wcześniej, po jego rozstaniu z reprezentacją. Na pewno moim błędem było to, że zbyt mało o tej kandydaturze rozmawialiśmy, mimo że niemal wszyscy doradzali, aby to zrobić. Nie uważam, że moje zdanie jest tutaj kluczowe, ale moja intuicja również w tym wypadku zawiodła. Pewne rzeczy mogliśmy też zakończyć nieco wcześniej, jak współpracę z trenerem Peterem Hyballą, dla obu stron byłoby to lepsze rozwiązanie. Powinniśmy bardziej myśleć o tym, co tu i teraz, a nie budowaniu drużyny na przyszłość, co nas uderzyło w tym sezonie. Pamiętajmy też, że gdybyśmy mieli punkty, które przez błędy sędziowskie potraciliśmy np. w meczach z Wisłą Płock i Lechem, bylibyśmy bliżej 10., planowanego miejsca niż strefy spadkowej. A jednak tabela pokazana w Lidze Plus Ekstra pokazała, że równie często na tych błędach tracicie, jak i korzystacie. Cały dzień pracowałem nad tym, by nie wchodzić w ten temat... Analiza w tym programie też pokazała, że na 279 meczów w 90 sytuacjach popełniano błędy, które często wypaczały wynik. W co trzecim meczu ekstraklasy popełniany jest kluczowy błąd – jak tu mówić o racjonalności? Tyle że w waszym przypadku tyle samo razy na tych błędach korzystaliście, co i traciliście. Po co więc te nerwy? Tylko że taka tabela nie pokazuje czasu w trakcie meczu, kiedy te błędy zostały popełnione. Jest różnica między bramką straconą w ostatniej minucie i czerwoną kartką pokazaną w przerwie meczu. Kim jest dla pana Jakub Błaszczykowski? W kontekście miejsca, w którym jestem, przede wszystkim osobą, bez której Wisła już by nie istniała. Ogromnie szanuję go jako człowieka. Bardzo często rozmawiamy. Byłbym w stanie powierzyć mu wszystko co mam i być spokojnym, że będzie to etycznie i absolutnie profesjonalnie zrealizowane, to najinteligentniejszy piłkarz poza boiskiem, jakiego do tej pory poznałem. Zna się na bardzo wielu rzeczach, mądrze inwestuje i interesuje się wieloma sprawami. Rozmawia z nim pan jak ze współwłaścicielem czy piłkarzem? Nie da się tego podzielić. To tak, jakby ktoś chciał, abym pozostał współwłaścicielem Wisły, ale nie był już programistą: w swoim funkcjonowaniu, myśleniu, wzorcach. Tyle że pana praca w firmie Synerise i w Wiśle nie są ze sobą powiązane. W przypadku Błaszczykowskiego jak najbardziej – jest i zwykłym pracownikiem, i szefem – to pewne pomieszanie ról, może podejmować decyzje, które rzutują bezpośrednio na niego. To byłby problem jedynie wówczas, gdybyśmy założyli, że ktoś stawia egoistyczne widzenia świata przeciw merytoryce. To nie ma żadnego sensu i w tym wypadku nie występuje. To nie byłaby walka o klub, ale o korzyść jednej osoby. W przypadku Kuby absolutnie niemożliwe. Był najbardziej sterylną osobą w ocenianiu jakiegokolwiek trenera, sytuacji, jaką znam. Ja przy nim jestem dużo bardziej chwiejny. Ostatnio obaj reagujecie mocno emocjonalnie. On zaraz po meczu z Wisłą Płock, pan nieco później, na Twitterze. Uważam, że te reakcje były dość stonowane. Ale dlatego, że to Kuba Błaszczykowski, zrobiono z tego taką aferę. Porównajmy to do sytuacji, do jakich dochodziło w Cracovii profesora Filipiaka, jak spojrzymy na jego akcje, to uznamy, że jesteśmy wręcz wzorcowi. Tak na marginesie, to się zastanawiam, dlaczego ja jako jedyny nie otrzymałem kary w zawieszeniu? Pan Janusz Filipiak za nazwanie sędziego „ch...” dostał karę w zawieszeniu, Kuba za swoje zachowanie również, tylko ja muszę zapłacić 5 tysięcy złotych za to, że niektóre sytuacje nazwałem kretyńskimi. I to jest np. przykład, który umyka algorytmom. Zbyt dużo w tej lidze jest braku konsekwencji. Foto: Krzysztof Porębski / Newspix Jarosław Królewski Pana wpisy na Twitterze to emocje czy działanie w celu osiągnięcia konkretnego celu? Chciałem zwrócić uwagę na to, co się dzieje na boisku w czasach, kiedy jest już VAR. Druga kwestia, o której powiedziałem Komisji Ligi, jest taka, że ja nie oceniam ludzi ad personam. Nie mówię, że ktoś jest głupi, ale że ktoś robi głupie rzeczy – to są dwie różne rzeczy. Jak popełniam kretyńskie pomyłki, to nie oznacza, że jestem kretynem. Takie jest moje widzenie świata. A że uznane jest to za atak ad personam? Nic na to nie poradzę. Wiem za to, że następnym razem lepiej użyć więcej sarkazmu, mniej prostych słów. Ile procent czasu poświęca pan dziś Wiśle, a ile swojej firmie? To się przenika. Cały czas myślę o rodzinie, transcendencji, firmie i oczywiście Wiśle, bo trudno nie myśleć o klubie, skoro jesteśmy w strefie spadkowej i co pięć minut ktoś na Twitterze mi o tym przypomina. Twittera akurat można wyłączyć. To byłoby bez sensu. Świat twitterowy jest świetny. W nim wszystko jest bardzo bezpośrednie, każdy ma prawo się wypowiedzieć. Ja uważam, że to przede wszystkim siedlisko hejtu. Ludzie są przewrażliwieni. Nawet gdy masz hejt w komentarzach, poczytasz to, to i tak dokładnie wiesz, ile z niego jest prawdą. Ile prawdy było w tweecie byłego prezesa Wisły Piotra Obidzińskiego, który po zachowaniu Jakuba Błaszczykowskiego względem sędziego meczu z Wisłą Płock napisał: „Wściekły, sfrustrowany, rzucający groźbami Właściciel (w syt gdy nie może nic zrobić albo nie ma racji albo nie rozumie czegos) to jest jedno z tych krakowskich wspomnień, za którymi nie tęsknie…”. Pełniącego obowiązki prezesa, nie prezesa – to ważne, bo wówczas znaczenie rady nadzorczej było ogromne. Długo myślałem o tym, z czego on może wynikać. Merytorycznie? W moim przekonaniu zerowa zawartość prawdy. A dlaczego pojawia się akurat teraz, kiedy w Wiśle jest trudno? Myślę, że osoby, które pracują na naprawdę wysokim poziomie, mają kilka zasad, których starają się przestrzegać. A jeśli tego nie robią, to może nie powinny tych stanowisk zajmować. I być może ta sytuacja też pokazuje, dlaczego nasza współpraca się skończyła. Czasem zachowanie zawiera w sobie odpowiedzi na wiele pytań. Przekaz był jasny: Błaszczykowski często się tak zachowuje w klubie. Faktycznie widuje pan go w takim gniewie? Z mojej perspektywy to totalna głupota. Znam Kubę od wielu lat i dla mnie to, co ten tweet zawiera, to science-fiction. Przejaw frustracji. Na kim przez te trzy i pół roku się pan zawiódł? Na pewno zaskoczyła mnie sytuacja z Olkiem Buksą. W biznesie, takie postępowanie byłoby ocenione karygodnie, miałoby przełożenie na przyszłość, bo zaufanie jest kluczowe. Dlatego tak mocno mnie to zaskoczyło. Ale jest wolnym człowiekiem, może robić, co chce. Ta sytuacja odebrała mi jednak trochę wiary w piękno tego sportu, bo niby chłopak tak kochał klub, a z błahego powodu potrafi to wszystko odciąć. Dziś wiem, że piłka nożna, w szczególności w Polsce, po prostu nie kieruje się takimi wartościami jak zaufanie, słowność, które w innych biznesach są podstawą. W naszym futbolu w wielu aspektach próżno ich szukać. Dlatego trzeba podejść do tego pragmatycznie, nie oczekiwać zbyt wiele, wtedy człowiek się nie zawiedzie. Więc jeśli czytam takie tweety w momentach, kiedy w Wiśle dzieje się źle, to uważam, że jest to po prostu mało istotne. Nie mam ochoty wchodzić w dyskusje z byłymi pracownikami. Zapowiedział pan, że od lipca znów zamieszkacie z żoną w Krakowie. Czyim pomysłem był powrót do tego miasta? Moim, ale razem z żoną tego chcieliśmy. Warszawa była celem biznesowym. Spędziliśmy tu 10 lat, wystarczy. Zresztą i tak większość ostatniego roku spędziłem za granicą, więc nie ma większego znaczenia, skąd startuję. A tak przynajmniej będę bliżej Wisły, choć pozostawiam tu wielu przyjaciół. Miejsce zamieszkania nie jest dziś istotnym atrybutem. I bliżej profesora Janusza Filipiaka, z którym lubicie się „kąsać” medialnie. Gdy ktoś mówi o moim sporze z profesorem Filipiakiem, to jest to bardziej spór ideologiczny. Ja mówię do ludzi: „fruwajcie, popełniajcie błędy, ale rozwijajcie się!”. On: że „każdego ambitnego człowieka można zastąpić skończoną liczbą studentów” lub, że „nie warto obok młodych ludzi siedzieć”, bo nic nie osiągnęli. Mam 35 lat, zobaczymy ile osiągnę w wieku 41, takim, kiedy profesor zakładał firmę. I tu kolejny przykład, który pokazuje, że niektóre sprawy wymykają się algorytmom. Prezes Filipiak realizuje wizję sportową Cracovii już prawie 15-20 lat, czy jest ona spójna, ma ciągłość? Nie sądzę, mimo wielu długoterminowych projektów. Czy jest człowiekiem profesjonalnym? Jest. Inteligentnym? Jest. Majętnym? Jest. Czasami warto eksperymentować intensywniej przez trzy lata, by potem uzyskiwać stabilność, jest wiele różnych szkół takiego interacyjnego uczenia się. Mówię to głośno, bo warto, aby ludzie nie myśleli, że świat wygląda tak, jak on go przedstawia. Dla mnie ludzie mogą być dziwni, rąbnięci, ale niech szukają, odkrywają i realizują swoje pasje. Nie wyobrażam sobie, abym musiał stroić się na spotkanie z prezesem jakiejś firmy i od tego uzależniał sukces. Rzuciłbym taką pracę po pięciu minutach. Żadna z osób, które chcą zmieniać świat, tak nie działa. Ludzie śmieją się z prowokacji Elona Muska na Twitterze. On to robi, by pokazać, że jest takim samym człowiekiem jak każdy: też wygłupia się, popełnia błędy, ma odwagę, by widzieć świat inaczej. Ludzie uważają, że setkomilioner musi przyjść w butach ze skóry węża, przyjechać Maybachem i siedzi na 25. piętrze bez dostępu dla „zwykłych” zjadaczy chleba. Współczesnym problemom trzeba stawić czoła na poziomie intelektu, a nie tym, co się posiada i jak wygląda. Zresztą kiedyś wystarczyło być nieco bardziej inteligentnym, w szczególności w przemyśle technologicznym, aby osiągnąć sukces, dziś trzeba od dnia zero ścigać się z całym światem. Zresztą w przeszłości, w czasach dominacji PZPR w naszym kraju nie każdy mógł wyjeżdżać, takie możliwości na dzień dobry dawały inne szanse. W Polsce porażka jest synonimem klęski, w innych społeczeństwach trigerem nowego początku i szans. Zastanawiam się, co pan tak naprawdę czuje kilka dni przed tak ważnym meczem z Jagiellonią? Strach, podekscytowanie, adrenalina. Wszystkiego po trochę. Budzę się w nocy, nie mogę spać, kiedy zasypiam, śnią mi się mecze. Bardzo dużo się dzieje, często nie sypiam w ogóle, miewam stany przeddepresyjne, na szczęście szybko to mija. Mówi pan to na tyle szybko i lekko, że nie wiem, na ile poważnie traktować te słowa. Całkowicie poważnie. Po meczu z Wisłą Płock pierwszy raz od bardzo dawna wychodziłem ze stadionu ze łzami w oczach. Widziałem ogromną pracę, zaangażowanie zespołu, Jerzego, Radka, widziałem wsparcie kibiców i nie mogłem nic zrobić. Stąd też późniejsza krytyka na Twitterze, bo my nie odpowiadamy tylko za tych piłkarzy, ale wszystkich, dla których ten klub jest tak ważny. Wierzę, że i we mnie, jak i w Dawidzie, Macieju i pozostałych jest siła, aby nasz cel osiągnąć. Jestem tego pewien. Ale z drugiej strony mam w sobie taki naturalny hamulec, że nie lubię uszczęśliwiać sobą na siłę innych. Jeśli uznam, że bardziej szkodzę niż pomagam, powiem „dość”. To jeszcze nie ten moment. Były chwile, w których nie miałem siły, ale patrząc na liczby, to oprócz kwestii czysto sportowych nie uważam, że Wisła zmierza w złym kierunku. Tyle że przez zbytnie niechlujstwo na boisku, głupie błędy straciliśmy zbyt wiele punktów i to rzutuje na całość. Wierzę w zawodników i zespół w stu procentach. Niechlujstwo czy spisek? Bo z waszej narracji można czasem wyczuć taki ton. W dzisiejszym świecie nie ma sensu dopatrywać się spisków, choć drobnymi elementami można komuś utrudniać życie. Polecamy: Pech nie opuszcza Legii. To koniec sezonu dla defensora z Warszawy! Kontuzja jednak poważniejsza Ile razy zemdlał pan podczas studiów? Dwa lub trzy. Przepracowywałem się, spałem po 3 godziny dziennie. Ludzie w szpitalu zawsze myśleli, że jestem po drinkach, a ja po prostu nie miałem siły. Przyjeżdżała karetka, dookoła było dużo krwi, żona miała ciężko ze mną. Ale nie hiberbolizujmy tego. Dwa czy trzy razy na pięć lat to nie tak wiele. Ile razy zemdlał pan odkąd wkroczył do Wisły? Ani razu. Nie jest źle. Żona bardzo mnie pilnuje. Teraz jestem bardziej odporny na stres niż byłem kiedykolwiek w życiu. W mojej pracy odpowiadam za wiele spraw, moja firma analizuje ponad sto miliardów transakcji rocznie, odpowiada za największą liczbę danych w tej części Europy, musimy uważać na ataki cybernetyczne, konsekwencje jakichkolwiek niedociągnięć są ogromne. Przy tym wszystkim, co tydzień serwuję sobie ciężkie dni w sporcie, ale jak mówi moja żona: sam sobie taki los wybrałem. Teraz muszę się godzić, że w sezonie przegrywamy 15 spotkań lub więcej. Jak jesteś osobą ambitną, która wierzy, że może robić rzeczy najlepiej, to naprawdę jest to trudna lekcja pokory. Nawet teraz, kiedy o tym mówię, źle się z tym czuję. Ale nie na tyle źle, by z tego zrezygnować. Wygląda na to, że futbol wciągnął pana na dobre. Bycie współwłaścicielem klubu to ogromna odpowiedzialność, ale też jeden z najlepszych okresów w moim życiu. Jeśli dołożymy do tego pracę zawodową, to najbardziej pierdyknięty, jaki można sobie by było wyobrazić. Lubię to, szczególnie, kiedy patrzę, jaki zrobiliśmy od grudnia 2018 roku progres. Dziś Wisła jest klubem, który sprzedaje piłkarzy, który ma przychody i ich strukturę na zupełnie innym poziomie niż kilka lat temu, nasza sytuacja finansowa jest stabilna, mamy akademię, w którą inwestujemy po kilka milionów złotych rocznie. Rozczarowujemy sportowo, ale wierzę, że i to się zmieni. To ogromna zasługa zarządu i ich ciężkiej pracy w cieniu. W takim razie gdzie Wisła będzie w maju 2023? W maju, czyli może być to również 31 maja? W takim razie jestem przekonany, że będzie w ekstraklasie. Bo nawet jeśli spadnie, to do tego czasu do niej wróci.
Już we wtorek rozpocznie się kolejna edycja rozgrywek Profit Ligi Piłkarskich Amatorów, którą organizuje Ośrodek Kultury Fizycznej w Łapach. W tym sezonie do ligi zgłosiło się 9 drużyn, co oznacza, że w rozgrywkach weźmie udział ponad 100 piłkarzy- amatorów z Łap i okolic. W gronie zespołów są takie, które od wielu lat grają w łapskiej lidze – Aby Do Przerwy, A jednak, ale są także takie, które wystąpią w nich po raz pierwszy, i mamy nadzieję, nie po raz ostatni – Bad Boys. Jako organizatorzy bardzo cieszymy się, że młodzi ludzie tak chętnie uczestniczą w rozgrywkach od wielu już lat. Zawsze dokładamy wszelkich starań, aby organizacyjnie wszystko było na jak najwyższym poziomie. Oczywiście trudniej byłoby to osiągnąć gdyby nie wsparcie głównego sponsora ligi, firmy Profit Biuro Rachunkowe Tomasz Kozicz. Dziękujemy! W tej edycji mecze rozgrywane będą we wtorki i czwartki od godziny 18:00 na Orliku przy ul. Żwirki i Wigury, systemem „każdy z każdym”. Po zakończeniu rundy grupowej, w półfinałach zagrają: pierwsza drużyna z czwartą, a trzecia z drugą. W finale zmierzą się zwycięzcy tych pojedynków. W pierwszej kolejce obejrzymy starcie “beniaminków” – Bad Boys zagrają z TS Mars. Trudno wskazać faworyta meczu, bo nie znamy siły tych zespołów. Może któryś z nich, mimo braku doświadczenia, namiesza w lidze? W drugim meczu Drużyna Pierścienia, czyli młody i waleczny zespół zagra z Aby Do Przerwy, którzy na swoim koncie mają kilka triumfów. Zawsze liczą się do końca w walce o najwyższe cele. Hitem pierwszej kolejki będzie pojedynek Flachowców z Kowalami. Flachowcy – triumfatorzy poprzedniej, letniej edycji, kontra Kowale, którzy zawsze są groźni i przed rokiem byli bardzo blisko awansu do półfinału. Zapraszamy wszystkich kibiców na trybuny Orlika. Wspierajcie swoich kolegów, znajomych, chłopaków, lub po prostu podziwiajcie zaangażowanie i umiejętności piłkarzy-amatorów z naszej gminy! 1 kolejka – 2 lipca 2019 (wtorek) 18:00 Bad Boys – TS Mars 18:40 Drużyna Pierścienia – Aby Do Przerwy 19:20 Flachowcy – Kowale 2 kolejka – 4 lipca 2019 (czwartek) 18:00 A Jednak – MKW 96 18:40 KS Niszczyciele – Drużyna Pierścienia 19:20 Bad Boys – Aby Do Przerwy
Obok tego tematu nie mogłem przejść obojętnie. Po prostu dostaje czarnej gorączki na samą myśl o narodzie polskim. Chodzi dokładnie o wczorajsze spotkanie na stadionie narodowym w Warszawie. Przed meczem nasi "wierni kibice" twierdzili, że Polacy nie mają po co wychodzić na boisko, gdyż zostaną rozjechani przez Portugalczyków. Nasi piłkarze udowodnili, że z dumą mogą nosić Orzełka na piersi, no prawie na piesi, gdyż ważniejsi są sponsorzy... Mimo to nasi jak już wspomniałem niby to kibice nadal uważają, że nasza kadra to zbieranina z podwórka a nie profesjonalna drużyna. Dziś, jadąc do pracy tramwajem bardzo wiele osób komentowało wczorajsze spotkanie. I to co usłyszałem sprawiło, że straciłem wiarę w naród polski. Rozmawiało sobie dwóch mężczyzn, jak to w piłce bywa wielkich znawców. Jeden z nich zapytał drugiego, czy ten oglądał wczorajszy mecz. Odpowiedz była dość ciekawa. Facet odpowiedział: "Nie no coś Ty, ja tych patałachów przestałem już dawno oglądać, ale słyszałem że strasznie słabo zagrali, jak to Polacy...". I tutaj krew w moich żyłach zagotowała się i gdyby nie fakt, że był mój przystanek podjąłbym z nimi ten temat. Po pierwsze jak można ocenić mecz, jak go się nawet nie oglądało? I po drugie jak można gadać takie za przeproszenie "pierdoły"!!! Myślałem, że nie wytrzymam. Długo nad tym rozmyślałem i postanowiłem podzielić się tym z Wami. Otwórzcie oczy i zobaczcie jacy ludzie żyją w naszym kraju. Potrafimy tylko narzekać, a jak już coś nam na prawdę wychodzi to i tak lepiej powiedzieć, że się tego nie widziało i dalej jest dziadostwo. Postanowiłem, że tego pięknego czwartkowego wieczora nie będę się denerwował, także zakończmy ten temat tu i teraz, ale módlmy się by mentalność Polaków jak najszybciej uległa zmianie (oczywiście na lepsze). Czy dzisiaj coś jeszcze, lub ktoś jeszcze próbował wytrącić mnie z równowagi? Niestety tak... oj to był ciężki dzień. Po pracy jak to zwykle bywa przyszedł czas na relaks. Jak relaks to i jakieś ładne kobitki, ale że akurat wyszły to oglądałem telewizję. Akurat były wiadomości sportowe to pomyślałem: "SUPER - akurat posłucham sobie, jak zachwalają naszą reprezentację". Niestety, po tych wiadomościach opadły mi ręce, nogi i... No wszystko mi opadło... Dziennikarze jednogłośnie powtarzali jedno zdanie jak mantrę: "Polacy nie zagrali źle, ale brakuje nam dobrych zmienników". I ja wtedy sobie pomyślałem - albo ja jestem już całkowicie ślepy, albo wszyscy dziennikarze oglądali inne spotkanie? Akurat na programie przyrodniczym leciało spotkanie trzeciej ligi mandżurskiej w jeździe na słoniach i tam faktycznie zmiany mogły być fatalne. No ale mówimy cały czas o meczu pomiędzy Polską i Portugalią, a tam nasi zmiennicy wnieśli wiele świeżości i co więcej byli motorem napędowym kadry. Po tych informacjach szybko położyłem się spać i nie chciałem myśleć już o niczym innym. Na szczęście wstałem, otrząsnąłem się po takiej dawce adrenaliny i postanowiłem podzielić się z Wami tymi pobudzającymi informacjami. Także wnioskując: nawet jeżeli Polska zdobędzie mistrzostwo Europy ludzie powiedzą: "Eee jakieś szczęście to było czy coś...". Dziennikarze do tego dołożą: "No myślimy, że gdyby nie słabi zmiennicy to mogło być nawet mistrzostwo świata!!!". Także apeluję do całego narodu Polskiego - więcej pozytywnego myślenia na co dzień, a świat stanie się o wiele piękniejszy.
piłka nożna spać nie można