Janina Paradowska, wieloletnia dziennikarka „Polityki”, zmarła wczoraj w wieku 74 lat. Dzisiaj w jej intencji odprawiona zostanie msza święta. Wspominają ją m.in. Andrzej Morozowski, Ewa Polityka” (2013) Janina Maria Paradowska-Zimowska (ur. 2 maja 1942 w Krakowie, zm. 29 czerwca 2016) – polska dziennikarka, publicystka, od 1991 publicystka tygodnika „Polityka”, od 2003 publicystka radia Tok FM; laureatka nagrody Grand Press dla Dziennikarza Roku (2002) i Nagrody Kisiela (2011). 40 kontakty. “Janina Paradowska nie żyje. Razem z Nią odchodzi Prawdziwe Dziennikarstwo. Służba, rzetelność, prawda, przyzwoitość. RIP.” Przyczyny śmierci Adama Mickiewicza. Cholera, rosyjscy agenci, a może arszenik Ostatnia aktualizacja: 26.11.2023 05:55 "Poranek Radia TOK FM" to codzienna audycja publicystyczna, której gospodarzami są znani dziennikarze. Tematy poruszane w Poranku to najważniejsze aktualne wydarzenia polityczne, społeczne, gospodarcze, kulturalne z kraju i ze świata. Gospodarze programu rozmawiają o nich z politykami, ekspertami, publicystami ze wszystkich najważniejszych mediów w Polsce. Poranek jest pluralistycznym Imię Janina jest idealne dla urodzonych w znaku Wagi, Wodnika i Koziorożca. Wymienione znaki łączy jedna wspólna cecha; przywiązanie istotnej roli do życia społecznego lub kariery zawodowej. To są cechy współgrające z Dwudziestką dwójką. 7. Janina - dziecko. Osoby noszące imię Janina w dzieciństwie cenią sobie dobrobyt i wygodę. Znana polska dziennikarka polityczna współpracująca z „Polityką” i radiem TOK FM, Janina Paradowska spotkała się dziś w Instytucie Polonistyki i Kulturoznawstwa US przy al. Piastów ze studentami polonistyki i dziennikarstwa. Tematem spotkania były zmiany, jakie nastały w polskim dziennikarstwie politycznym po transformacji politycznej. LESE. Opublikowano: 2016-06-29 09:13:13+02:00 · aktualizacja: 2016-06-29 11:00:24+02:00 Dział: Polityka Polityka opublikowano: 2016-06-29 09:13:13+02:00 aktualizacja: 2016-06-29 11:00:24+02:00 fot. Zmarła Janina Paradowska - polska dziennikarka i publicystka, od wielu lat związana z tygodnikiem „Polityka” i radiem TOK FM. Miała 74 lata. Paradowska to absolwentka wydziału polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, studiowała dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Karierę zaczynała od tematów społecznych w”Kurierze Polskim”. Po stanie wojennym pracowała w ”Życiu Warszawy”, gdzie kierowała działem politycznym, ale i kulturalno-oświatowym. W 1991 roku Janina Paradowska dołączyła do zespołu tygodnika „Polityka”. Była komentatorką polityczną, inicjatorką Salonów Polityki i prowadzącą spotkania z tego cyklu z udziałem polityków, przedsiębiorców, przedstawicieli mediów i kultury. W 2008 roku zaczęła prowadzić program „Puszka Paradowskiej” w Superstacji. W 2011 roku ukazała się jej książka „A chciałam być aktorką”. wkt/ Publikacja dostępna na stronie: Opublikowano: 2016-07-03 17:31:14+02:00 · aktualizacja: 2016-07-03 18:04:54+02:00 Dział: Media Media opublikowano: 2016-07-03 17:31:14+02:00 aktualizacja: 2016-07-03 18:04:54+02:00 fot. PAP/EPA Zawsze staram się w pierwsze dni po czyjejś śmierci unikać mówienia o nim źle (choć pewnie są wyjątki, uwikłane w zbrodnie), a jeśli już ktoś mnie zmusza do komentowania odejścia negatywnego dla mnie bohatera, starać się znaleźć coś pozytywnego. Kierowałem się tą zasadą, kiedy zadzwonił do mnie PAP w dzień śmierci Janiny Paradowskiej. Powiedziałem, że byłem z nią w ostrym sporze nie tylko co do kwestii ideowo-politycznych, ale i co do samej wizji mediów. Ale że nie będę tego w tym momencie roztrząsać. Natomiast ceniłem ją za pracowitość. Była do końca dziennikarką obecną przy zdarzeniach, poinformowaną lepiej niż jej koledzy. I tyle. Mam jednak wrażenie, że w takich sytuacjach druga strona nie nakłada sobie żadnych ograniczeń korzystając z tego swoistego spętania antagonistów (poza internetowymi hejterami). Pamiętam jak zaraz po śmierci Bronisława Geremka ja zgodnie ze starą dobrą tradycją zachodnich demokracji starałem się akcentować w komentarzach to, co dobre i łączące. A Adam Michnik z Jackiem Żakowskim wielkim głosem krzyczeli, że wielkiego Profesora niemal zamordowała zła prawica. Jest już po pogrzebie Janiny Paradowskiej, z którą przed laty występowałem w rozmaitych programach, ale z którą od jakichś ośmiu lat nie zamieniłem ani słowa. Uderzyła mnie pogrzebowa wypowiedź Donalda Tuska. Przedstawił dziennikarkę tygodnika „Polityka” jako ideał polskiego inteligenta, „postać z filmów Wajdy i z powieści Żeromskiego”. To jednak doprasza się jakiejś odpowiedzi. Jeśli filmy Wajdy z dziennikarką w roli głównej, to naturalnie nasuwa się „Człowiek z marmuru”. I zapewne Agnieszka grana przez Krystynę Jandę, odważna poszukiwaczka prawdy. Rzeczywiście? Gdybym ja szukał analogii, pani redaktor kojarzy mi się niestety z chowającym się w telewizyjnej ubikacji dziennikarskim nadzorcą granym świetnie przez Bogusława Sobczuka. Dlaczego? Przypomnę zdarzenia z lat 2003-2005. Wszyscy pamiętają, że Janina Paradowska wyrzuciła ze swego wywiadu z Leszkiem Millerem pytania o aferę Rywina. Mniej ludzi pamięta, że była jednym z niewielu dziennikarzy spoza SLD-owskich mediów twierdzących, że żadnej afery w ogóle nie było. Na chama, kontra faktom, bo jej się tak podobało. Co ciekawe, poszkodowana ponoć przez aferę „Gazeta Wyborcza” nadal czciła ją po tym jako dziennikarski autorytet. Choć na zdrowy rozum to jej takie stanowisko również szkodziło. No ale wspólny wróg był ważniejszy. A wrogiem byli ci wszyscy, którzy narzekali na skorumpowane elity III RP. Gdyby szukał wspólnego mianownika dla twórczości Paradowskiej, znalazłbym: zawsze była po stronie silnych, wpływowych i bogatych. Czasy PRL wyłączam, choć Maciej Łukasiewicz, zmarły już naczelny „Rzeczpospolitej” barwnie opisał jak w roku 1982 opuściła solidarnościowych kolegów z „Kuriera Polskiego” żeby wskoczyć na pokład „Życia Warszawy”, a po drodze przebrnąć weryfikacyjne sito. Pewnie nie pisała i przed i po stanie wojennym tekstów haniebnych, ale też inaczej niż wiele peerelowskich gwiazd nigdy się naprawdę nie zbuntowała. Skądinąd nikt nie pamięta z tamtych czasów żadnego jej tekstu. Choć pamięta się artykuły także cyników typu Daniela Passenta. Sztuka mimikry! cd na następnej stronie Drukujesz tylko jedną stronę artykułu. Aby wydrukować wszystkie strony, kliknij w przycisk "Drukuj" znajdujący się na początku artykułu. Zawsze staram się w pierwsze dni po czyjejś śmierci unikać mówienia o nim źle (choć pewnie są wyjątki, uwikłane w zbrodnie), a jeśli już ktoś mnie zmusza do komentowania odejścia negatywnego dla mnie bohatera, starać się znaleźć coś pozytywnego. Kierowałem się tą zasadą, kiedy zadzwonił do mnie PAP w dzień śmierci Janiny Paradowskiej. Powiedziałem, że byłem z nią w ostrym sporze nie tylko co do kwestii ideowo-politycznych, ale i co do samej wizji mediów. Ale że nie będę tego w tym momencie roztrząsać. Natomiast ceniłem ją za pracowitość. Była do końca dziennikarką obecną przy zdarzeniach, poinformowaną lepiej niż jej koledzy. I tyle. Mam jednak wrażenie, że w takich sytuacjach druga strona nie nakłada sobie żadnych ograniczeń korzystając z tego swoistego spętania antagonistów (poza internetowymi hejterami). Pamiętam jak zaraz po śmierci Bronisława Geremka ja zgodnie ze starą dobrą tradycją zachodnich demokracji starałem się akcentować w komentarzach to, co dobre i łączące. A Adam Michnik z Jackiem Żakowskim wielkim głosem krzyczeli, że wielkiego Profesora niemal zamordowała zła prawica. Jest już po pogrzebie Janiny Paradowskiej, z którą przed laty występowałem w rozmaitych programach, ale z którą od jakichś ośmiu lat nie zamieniłem ani słowa. Uderzyła mnie pogrzebowa wypowiedź Donalda Tuska. Przedstawił dziennikarkę tygodnika „Polityka” jako ideał polskiego inteligenta, „postać z filmów Wajdy i z powieści Żeromskiego”. To jednak doprasza się jakiejś odpowiedzi. Jeśli filmy Wajdy z dziennikarką w roli głównej, to naturalnie nasuwa się „Człowiek z marmuru”. I zapewne Agnieszka grana przez Krystynę Jandę, odważna poszukiwaczka prawdy. Rzeczywiście? Gdybym ja szukał analogii, pani redaktor kojarzy mi się niestety z chowającym się w telewizyjnej ubikacji dziennikarskim nadzorcą granym świetnie przez Bogusława Sobczuka. Dlaczego? Przypomnę zdarzenia z lat 2003-2005. Wszyscy pamiętają, że Janina Paradowska wyrzuciła ze swego wywiadu z Leszkiem Millerem pytania o aferę Rywina. Mniej ludzi pamięta, że była jednym z niewielu dziennikarzy spoza SLD-owskich mediów twierdzących, że żadnej afery w ogóle nie było. Na chama, kontra faktom, bo jej się tak podobało. Co ciekawe, poszkodowana ponoć przez aferę „Gazeta Wyborcza” nadal czciła ją po tym jako dziennikarski autorytet. Choć na zdrowy rozum to jej takie stanowisko również szkodziło. No ale wspólny wróg był ważniejszy. A wrogiem byli ci wszyscy, którzy narzekali na skorumpowane elity III RP. Gdyby szukał wspólnego mianownika dla twórczości Paradowskiej, znalazłbym: zawsze była po stronie silnych, wpływowych i bogatych. Czasy PRL wyłączam, choć Maciej Łukasiewicz, zmarły już naczelny „Rzeczpospolitej” barwnie opisał jak w roku 1982 opuściła solidarnościowych kolegów z „Kuriera Polskiego” żeby wskoczyć na pokład „Życia Warszawy”, a po drodze przebrnąć weryfikacyjne sito. Pewnie nie pisała i przed i po stanie wojennym tekstów haniebnych, ale też inaczej niż wiele peerelowskich gwiazd nigdy się naprawdę nie zbuntowała. Skądinąd nikt nie pamięta z tamtych czasów żadnego jej tekstu. Choć pamięta się artykuły także cyników typu Daniela Passenta. Sztuka mimikry! cd na następnej stronie Strona 1 z 2 Publikacja dostępna na stronie: Mawia się, że pieniądz rzecz nabyta, jednak chyba każdy przyzna, że są one niezbędne do życia. Te gwiazdy przekonały się o tym na własnej skórze, ponieważ z dnia na dzień wylądowały na ulicy. Kto? Dlaczego?Gwiazdy światowego i rodzimego show-biznesu wszystkim kojarzą się ze sławą i olbrzymimi gażami, które co miesiąc zasilają ich konto. Czasami jednak życie bywa bardzo przewrotne i wystarczy chwila, by stracić dorobek całego życia, w tym dach nad głową. Oni przez pewien czas żyli w skrajnym ubóstwie, by później znowu znaleźć się na Berry była bezdomnaHalle Berry jest jedną z najbardziej utalentowanych amerykańskich aktorek filmowych i telewizyjnych. Jest laureatką Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej za występ w filmie pt. Czekając na wyroki z 2001 roku. Choć teraz jest na szczycie i nie może narzekać na niedostatek, jej początki były naprawdę już od najmłodszych lat marzyła o tym, by zostać aktorką, jednak jej matka nie popierała tego pomysłu. Mając zaledwie 19 lat, zdobyła tytuł najpiękniejszej amerykańskiej nastolatki, co otworzyło przed nią drzwi do świata show-biznesu. Mimo że odnosiła kolejne sukcesy, jej matka podchodziła do tego bardzo sceptycznie. Halle nie chcąc rezygnować z marzeń, spakowała walizkę i wyprowadziła się do Chicago. Tam z zaledwie kilkoma dolarami w kieszeni mieszkała na ulicy lub w noclegowni. Gdy od czasu do czasu rozmawiała z matką, ta mówiła jej:Samodzielnie naucz się zarabiać na życie albo wracaj do domu, ode mnie nic nie obecnie uważa, że gdyby nie zaznała prawdziwej biedy, z pewnością nie osiągnęłaby tak wielkiego Berry w nowej fryzurze na OscarachJennifer Lopez mieszkała w studio tanecznymJennifer Lopez jest znaną na całym świecie wokalistką i aktorką, która jak dotąd nagrała 8 albumów studyjnych. Od najmłodszych lat ciężko pracowała na to, by zasłynąć w świecie w 1986 roku zagrała epizodyczną rolę w filmie Moja mała dziewczynka. Po zakończeniu zdjęć postanowiła, że zostanie aktorką lub baletnicą, jednak jej matka, Guadalupe Rodriguez niemalże przez cały czas powtarzała jej, że z tym nazwiskiem daleko nie zajdzie, więc lepiej, żeby skończyła studia i zaczęła robić karierę w innej dziedzinie. Jennifer posłucha jej rad, jednak szybko zrezygnowała z dalszej edukacji. Jej rodzice byli wściekli i kazali jej wracać na uczelnię. Ich argumenty nie docierały do 18-letniej Lopez, która bez chwili namysłu postanowiła uciec z przez kilka miesięcy nocowała w studio tanecznym, gdzie spała na kanapie, a w wolnych chwilach uczyła się tańca. Dzięki uporowi i poświęceniu udało jej się zdobyć pracę jako tancerka w Europie. Za zarobione pieniądze wynajęła mogłyśmy się dogadać z matką, która chciała, abym poszła na studia, więc musiałyśmy pójść każda swoją drogą – mówiła później w Lopez przed koncertemJim Carrey mieszkał w przyczepieJim Carrey był synem Percy’ego Carreya, księgowego i muzyka jazzowego, dzięki któremu jego rodzina żyła na wysokim poziomie. Gdy aktor miał 12 lat, jego ojciec stracił dobrze płatną posadę, co zmusiło ich do zamieszkania w przyczepie. Z miesiąca na miesiąc ich sytuacja się pogarszała. Carrey w wieku 14 lat rozpoczął pracę na linii produkcyjnej w Hucie Titan. W wieku 15 lat zakończył edukację, aby w dzień pracować w fabryce, a nocą występować jako komik w klubie Yuk Yuk w Toronto. Niestety na początku był bardzo krytykowany. Wkrótce jednak został dostrzeżony przez producentów i osoby związane z show-biznesem. W 1979 roku przeniósł się do Los Angeles, gdzie rozpoczął pracę w The Tonight Show i Saturday Night Carrey miał depresjęSylvester Stallone mieszkał w kawalerceSylvester Stallone był dwukrotnie nominowany do Oscara, nim jednak udało mu się to osiągnąć, musiał pokonać długą i wyboistą drogę na szczyt. Gwiazdor już od najmłodszych lat marzył o tym, by zostać aktorem, dlatego też zaczął chodzić na siłownię oraz uprawiać piłkę nożną i szermierkę. Choć miał na swoim koncie kilka epizodycznych ról, producenci nie chcieli go zatrudniać z uwagi na wygląd jego twarzy, której lewa połowa jest częściowo sparaliżowana oraz tym czasie miał poważne problemy finansowe. Mieszkał w niewielkim mieszkaniu, które z trudem opłacał. Aktor nie poddawał się i koniec końców zagrał w komedii erotycznej pt. Wieczorek u Kitty i Studa, którego nazwa została zmieniona na Włoski ogier, ponieważ Sylvester zyskał bardzo dużą popularność. Dzięki tej roli zarobił 200 dolarów, za które mógł opłacić dotychczasowe Stallone w siwych włosachHilary Swank mieszkała w samochodzieHilary Swank ma na swoim koncie dwa Oscary, jednak jej początki nie należały do najłatwiejszych. Gdy miała 6 lat jej rodzice się rozstali, przez co stopniowo zaczęła pogarszać się sytuacja finansowa jej rodziny. W wieku 15 lat zmuszona była zamieszkać w aucie, ponieważ jej matka straciła pracę i nie było ich stać na wynajęcie mieszkania ani czasem jednak matka gwiazdy zaczęła się podnosić z dna. Wraz z córkami wyjechała do Los Angeles, gdzie przez pewien czas również mieszkały w samochodzie, ale powoli zaczęły wychodzić na prostą. Na wynajęcie mieszkania było je stać dopiero wtedy, gdy Swank zaczęła dostawać pierwsze epizodyczne Swank w kreacji Guy Laroche – Oscary 2005, kreacje wszech czasówJean-Claude van DammeJean-Claude van Damme urodził się w Brukseli, gdzie przez lata trenował sztuki walki i kulturystykę. W krótkim czasie zdobył czarny pas, a w latach 1976-1982 stoczył kilkadziesiąt walk karate. W tym samym czasie dołączył do reprezentacji narodowej, która zdobyła drużynowe mistrzostwo Europy EKU w formule semi 1981 roku gwiazdor postanowił wyjechać do Los Angeles. Nie znał języka angielskiego, przez co miał problemy ze znalezieniem dobrze płatnej pracy. Na początku był kierowcą limuzyny, taksówkarzem, ochroniarzem, barmanem czy doręczycielem pizzy. Dorywcze prace jednak okazały się niewystarczające do tego, by mógł opłacić mieszkanie, dlatego też mieszkał w schroniskach dla bezdomnych, a później w zamian za nocleg sprzątał ludziom w to swoistą formą opłaty za nocleg. Po wysprzątaniu kolejnego garażu wyruszałem na casting. Ledwo wiązałem koniec z końcem. Czasami jadłem jednego hamburgera dziennie i wypijałem jedną szklankę wody – wyznał w jednym z CraigDaniel Craig od dziecka marzył o wielkiej karierze, dlatego też przeprowadził się do Londynu, gdzie wstąpił do National Youth Theatre. Jego rodzice sami ledwo wiązali koniec z końcem, więc nie byli w stanie wspierać go finansowo. Często nocował u znajomych lub na ławkach w londyńskich parkach. Na drugim roku studiów zaczął dorabiać jako aktor w teatrze i kelner, a za zarobione pieniądze wynajął Craig bez koszulki w GQMalwina WędzikowskaMalwina Wędzikowska obecnie jest jedną z najpopularniejszych stylistek w Polsce, jednak w przeszłości przez krótki okres czasu nie miała gdzie mieszkać. O swojej trudnej sytuacji materialnej przez długi czas nie informowała bliskich, aby ich nie martwić.[…] Pozwoliłam sobie na to, że tak bardzo z siebie misyjnie wyszłam do innych, że w pewnym momencie znalazłam się na ulicy, bez wsparcia. Ale miałam przyjaciół przy sobie, którzy przez parę miesięcy użyczali mi fragmentu pokoju, wspierali mnie. To był czas, w którym musiałam powrócić do swojego domu – powiedziała w rozmowie z Marcinem Cejrowskim w programie Kwarantanna Wędzikowska przed studiem Pytania na śniadanieJesteśmy pod ogromnym wrażeniem uporu i samozaparcia gwiazd, które za wszelką cenę dążyły do tego, by osiągnąć sukces. Ksiądz Henryk Błaszczyk, duszpasterz służb ratownictwa medycznego, towarzyszący w Moskwie bliskim ofiar katastrofy pod Smoleńskiem, o tym, jak przebiegała identyfikacja ciał i o dzisiejszych wątpliwościach rodzin zmarłych. Rozmowa została opublikowana w listopadzie 2010 r. Janina Paradowska: – Jak to się stało, że po 10 kwietnia ksiądz znalazł się w Moskwie? Ks. Henryk Błaszczyk: – Pojechałem na osobistą prośbę minister Ewy Kopacz, która tuż po katastrofie smoleńskiej kompletowała ekipę patologów sądowych, lekarzy, ratowników medycznych, psychologów, ludzi znających się na logistyce tego typu operacji, którzy mogli ją wesprzeć w tych pierwszych, najtrudniejszych dniach. Rodziny wiedziały, że w samolocie jest ksiądz? Tak, ten lot rozpoczęliśmy zresztą modlitwą. Kiedy padały słowa – i niech się stanie wola Twoja jako w Niebie tak i na Ziemi – to przyznaję, w obecności tych właśnie rodzin, sam przeżyłem głębokie wzruszenie. W tej modlitwie każdy uczestniczył na swój sposób, bo przecież nie wszyscy podzielali moje wyznanie wiary. Miałem jednak wrażenie, iż sama świadomość, że w samolocie obecni są kapłani, bo był również ksiądz pułkownik Marek, kapelan wojskowy, że są psycholodzy, że jest do kogo się odwołać, sprawiła, że już na pokładzie zaczęły się pierwsze rozmowy. Kim byli psychologowie? Oni wywodzili się głównie ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Przede wszystkim z tej uczelni wywodzą się psychologowie przygotowani do wczesnej interwencji kryzysowej. Byli też psychologowie z innych ośrodków oraz ekipa Lotniczego Pogotowia Ratunkowego wraz z lekarzami. Powiedział ksiądz, że już na pokładzie samolotu zaczęły się rozmowy. Z czym zwracano się do księdza, z jakimi pytaniami? Dlaczego Bóg mi to uczynił? Dlaczego on, dlaczego tak strasznie? Jak się ksiądz czuje z tym, że wydarzyła się taka tragedia? A co ksiądz może wtedy odpowiedzieć? Ja mogę uczciwie powiedzieć, że Bóg też ponosi za to odpowiedzialność. On nie jest tylko od rzeczy dobrych i przyjemnych, jest obecny we wszystkim, w życiu i śmierci. Wierzę też, że w zmartwychwstaniu i życiu wiecznym. Przylecieliście do Moskwy i co było dalej? W hotelu czekali już pani minister Kopacz z panem ministrem Arabskim. Przywitali wszystkich przed wejściem do hotelu, a potem zaczęła się pierwsza odprawa, bardzo trudna. Zebrały się wszystkie rodziny i to była pierwsza próba przygotowania ich na obrazy, z którymi się spotkają, a także informacja o procedurach i działaniach oraz pracach wykonanych wcześniej przez obecną już polską grupę. To wszystko miało służyć jak najsprawniejszej i najlepszej identyfikacji ciał. Co można wtedy rodzinom powiedzieć: zobaczycie coś tak strasznego, czego jeszcze nie widzieliście? Należy powiedzieć: wiemy, że państwu zależy na tym, aby wasi bliscy jak najszybciej wrócili do domu, i chcemy wam pomóc w tym właśnie pragnieniu. I tak też się stało. Jak rodziny reagowały? Oczekiwaniem. Bardzo dobrze się stało, że w tym pierwszym etapie przygotowano ich do procedury. Na czym to polegało? Na powiedzeniu im, że powinni pomóc lekarzom patologom sądowym, tym wszystkim, którzy przygotowywali identyfikację, uczestnicząc w procedurze, w przesłuchaniu, dokonać porównania osób, które pamiętają, czy ze zdjęć, czy bezpośrednio. Osoby odpowiednio przygotowane przybierały postawę spełnienia postawionego zadania, jakby odsuwały od siebie dojmujące uczucie bólu, żalu, który oczywiście szybko wracał. Ale konieczność współuczestniczenia w identyfikacji – co może brzmi paradoksalnie – w jakiejś mierze porządkowała ich wewnętrznie, choć na chwilę. Czy w ogóle rodziny miały wyobrażenie, co je czeka? Czy ksiądz miał taką wyobraźnię? Od lat pracuję na misjach humanitarnych, pracowałem w Gruzji, gdzie mieliśmy szpital polowy, pracowałem na Haiti, gdzie wspólnie z przyjaciółmi prowadziliśmy szpital w epicentrum trzęsienia ziemi, na co dzień pracuję wśród osób, które są dotknięte perspektywą rychłej śmierci, widziałem tyle dramatycznych obrazów, tyle osób umarło na moich rękach. Tak się złożyło, że moja praca duszpasterska polega w dużej mierze na przygotowywaniu ludzi do śmierci i zadbaniu, aby po śmierci zachowana była ich godność. Czy spodziewałem się, co zobaczę? Przy całym moim doświadczeniu muszę powiedzieć, że doznałem wstrząsu, gdy po raz pierwszy zobaczyłem rozmiar tego, co się stało. To był najtrudniejszy czas w całym ciągu moich doświadczeń. Cóż więc mówić o rodzinach. Wbrew temu jednak, co się mówi, dużo ciał było zespolonych, chociaż oczywiście bardzo poranionych. To nie była destrukcja zupełna. Te, które były rozczłonkowane, w każdej części objęte były badaniem DNA, nie było ciała, które nie zostałoby potwierdzone badaniem DNA. Kiedy po raz pierwszy zobaczył ksiądz ten rozmiar katastrofy? Następnego dnia rano, kiedy w instytucie medycyny sądowej poprosiłem, aby zwieziono mnie na dół, do dużej sali, gdzie zgromadzone były ciała ofiar katastrofy. Tam też natychmiast, w takim spontanicznym odruchu kapłana, odprawiłem pierwszą stację pogrzebu chrześcijańskiego, poświęciłem te ciała i poleciłem je Bogu zgodnie z rytuałem pogrzebu katolickiego. Uważałem, że nawet jeśli nie wszyscy są katolikami, nie doznają uszczerbku w swojej godności. I patrząc na tę salę pomyślał ksiądz: Boże, przecież te rodziny nie powinny tego zobaczyć, a one muszą zobaczyć? Lęk, że w procesie identyfikacji rodziny będą musiały się skonfrontować z tymi obrazami, towarzyszył mi od momentu, kiedy zobaczyłem te ciała. Na to nakładała się myśl, że ta konfrontacja jest nieuchronna, dlatego prosiłem osoby przygotowujące rodziny, dla których ta intencja też była zresztą oczywista, aby przygotować ciała tak, żeby rodzina nie miała problemów z identyfikacją, a jednocześnie nie musiała się konfrontować z tym bezmiarem obrażeń. To było możliwe? W wielu przypadkach tak, zwłaszcza kiedy były wyraźne znaki identyfikujące, jak narośle czy blizny po przebytych operacjach. Część rodzin kwestionuje obecnie identyfikacje, są nawet wnioski o ekshumację. Ksiądz też ma dziś wątpliwości, uważa, że identyfikacje nie były prawidłowe? Nie mam najmniejszych wątpliwości. Dokonano ogromnego wysiłku dla zachowania najbardziej uczciwej metody identyfikacji ciał. Ten proces mógł trwać bardzo długo, ale Rosjanie, mając doświadczenie wielu katastrof lotniczych, we współpracy z polską grupą, naszymi patologami, ekspertami od kryminalistyki, przeprowadzali z wielką starannością cały proces identyfikacji, który rozpoczynał się od momentu dostarczenia materiału zdjęciowego, genetycznego, od opisów, które powstały w momencie przesłuchiwania rodzin. To wszystko wprowadzane było do programu komputerowego, który zbierał w całość wszystkie informacje. To jest, oczywiście, tylko jedno z narzędzi, bo jednak w końcu ważne jest zobaczenie na własne oczy. Wiem, że niektóre przesłuchania rodzin były bardzo długie, wyczerpujące, ale one nie wynikały ze złej woli, ale właśnie ze staranności. Problemem był może pierwszy dzień, kiedy przesłuchania prowadziło wielu młodych rosyjskich prokuratorów, którzy po raz pierwszy zetknęli się z takimi okolicznościami. Byli nieco sparaliżowani? Trochę tak, gdyż ranga tej katastrofy była ogromna. Drugiego dnia pracowali już doświadczeni prokuratorzy i to dawało się natychmiast odczuć. Oni potrzebne informacje zdobywali o wiele szybciej. Na prośbę rodzin uczestniczyłem w trzech przesłuchaniach i nie znalazłem przejawów złej woli czy jakichś elementów pracy operacyjnej, aby pozyskać informacje, które by nie służyły identyfikacji. Niektórzy przedstawiciele rodzin skarżyli się na arogancję rosyjskich śledczych. Nie spotkałem się z takim przypadkiem, ale może jakiś się zdarzył. Trzeba wziąć pod uwagę, że rodzina przechodziła raz tę procedurę, a prokurator powtarzał ją z wieloma osobami i jakieś zniecierpliwienie, spotęgowane napięciem, bo katastrofa wyjątkowa, mogło się w którymś momencie pojawić jako efekt potwornego zmęczenia wszystkich. Rozmowy odbywały się zresztą w obecności polskich psychologów, a ponieważ brakowało tłumaczy, poproszono polskie siostry zakonne, pracujące od lat w Moskwie i perfekcyjnie znające język rosyjski, co przyspieszyło procedury i było wsparciem dla wielu rodzin. Rodziny były na ogół dzielne? Bardzo dzielne. Nie używam nazwisk w tej rozmowie, ale jednego użyję, bo uważam, że trzeba. Matka pana ministra Handzlika, która w pierwszym dniu, nie znalazłszy ciała swojego syna, z wielką empatią i cierpliwością wspierała inne rodziny. To było wzruszające i budzące podziw. W ogóle rodziny wówczas okazywały sobie życzliwość i szacunek, zwłaszcza gdy oczekiwało się na wejście do sali, gdzie odbywała się identyfikacja. Wielu nie odważyło się wejść? Nie znam statystyki, ale były osoby proszące o zwolnienie ich z tej czynności. Większość jednak chciała, także dlatego, aby przeżyć moment pożegnania, czasem tylko poprzez dotknięcie ręki. To wszystko przecież stało się tak nagle. Wiem, że dwie czy trzy osoby prosiły minister Kopacz, aby to ona dokonała identyfikacji, księdza też proszono? Uczestniczyłem w identyfikacjach jako osoba, której obecność jest odpowiedzią na potrzebę modlitwy. Proszono mnie, abym wszedł i pomodlił się. To były właściwie prośby powszechne. Niełatwa modlitwa w rozpaczy. Po siedmiu miesiącach wzbiera fala pretensji – do Rosjan, do polskich władz, do rządu, premiera, podważa się uczciwość identyfikacji, sekcji zwłok. Co ksiądz sobie myśli, słysząc to wszystko? Przede wszystkim widzę rodziny, które nie mogą do końca przeżyć w spokoju, godnie swojej żałoby. Dla większości z nich to jest właśnie ciągłe powracanie do tych najtrudniejszych chwil, identyfikacji, sekcji, to przymuszanie ich do ciągłego przywoływania najtragiczniejszych chwil i obrazów ich życia, to jest torturowanie ich pamięci. Przymuszanie przez kogo? Przez media, polityków, osoby, które w sposób świadomy, dla różnych – także politycznych lub komercyjnych – celów odwołują się do tego trudnego momentu identyfikacji. Proszę mi wierzyć, gdyż wspólnie z psychologami nadal pracuję z grupą rodzin, że ta niemożność przeżycia żałoby i zamknięcia pewnego jej okresu powoduje ogromny ból i uniemożliwia spojrzenie w przyszłość. Powinni iść naprzód, a przymusza się ich do powrotu w trudną przeszłość. Cierpią? Oburzają się? Czują coraz większy gniew, niezgodę, ale też bezsilność wobec sytuacji, gdy ta smoleńska gra toczy się nadal. Bardzo często towarzyszy im też lęk przed oceną środowiska. Członkowie rodzin tych, którzy zginęli, boją się, że nieustanne przypominanie, komentowanie, otaczanie katastrofy sensacjami zaczyna sprowadzać ich bliskich do formy produktu na sprzedaż, co odziera śmierć z godności. Pytanie o sekcje mnie po prostu zdumiewa, doprawdy nie wiem, czemu ma ono służyć. To odpowiem: polityce, podejrzeniom, że nie wszyscy zginęli w wyniku katastrofy, to ksiądz przecież wie. Niektóre rodziny mówią: chcemy protokół sekcji, bo nie wiemy, dlaczego zginął mój mąż, syn. Są wnioski o ekshumację. Ksiądz wszystko widział. Jaki sens miałaby ekshumacja? Nie znajduję go. Mam w pamięci obraz tych dwóch ciał, o których ekshumacji się mówi, i nie mam tu żadnych wątpliwości. To ma być ekshumacja w celu ustalenia przyczyny śmierci. Co z tego ksiądz rozumie? Rozumiem to w ten sposób, że w pytania, które zadają mi niektóre rodziny, wpisana jest jakaś obawa, lęk, zbudowany zresztą na przyzwoleniu, aby osoby niegodne, nieliczące się z ludzkim cierpieniem, budowały obraz innej przyczyny śmierci niż uszkodzenia wielonarządowe powstałe w wyniku katastrofy. Czasem pytano mnie, czy widziałem rany postrzałowe, ślady po duszeniu. Na miłość boską, ktoś, kto stawia taką tezę, upowszechnia ją i zaraża nią bliskich ofiar, opinię publiczną, dokonuje niebywałej agresji, już nie tylko wobec rodzin, ale wobec społeczeństwa. Jeżeli jedna z matek, dotknięta bólem, mówi o przylocie jakiegoś innego samolotu i jego wylocie poza teren katastrofy, o podkładaniu ciał, to proszę sobie wyobrazić, jakiej agresji musiano dokonać na wyobraźnię tej matki właśnie tworzeniem i utrwalaniem nieprawdziwych obrazów i hipotez, że ona dopuszcza myśl, iż to może być prawda. Kim musi być człowiek, aby zadawać takie cierpienia matce? Rozmawiałem z bliskim współpracownikiem pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który jako pierwszy z Polaków był na miejscu katastrofy, w kilka minut po uderzeniu samolotu w ziemię. Opisywał mi ten samolot, obrazy ciał, które widział w jednym miejscu. Sugerowanie, że we wraku nie było siedzeń, że nie było ciał, wpływa na reakcję rodzin, na ich lęk, w jaki sposób ich najbliżsi zginęli. Odbiór takich informacji jest bardzo indywidualny. Nie wolno w ten sposób igrać z ludźmi, to jest haniebny proceder. Ksiądz był przy zamykaniu trumien w Moskwie? Przy każdej. Jak to się odbywało, bo ta kwestia też budzi wątpliwości niektórych rodzin? Po identyfikacji, potwierdzonej dokumentami podpisanymi przez najbliższych lub osoby przez nich upoważnione, ciało było natychmiast oznaczane nazwiskiem pisanym na pasku. Taki sam pasek był również w dokumentacji. Po modlitwie i pożegnaniu przez bliskich zaczynano przygotowywać ciało do transportu. Ciała były owijane szczelnymi workami, oznaczenie było zarówno na ciele, jak i na worku. Następnie kładziono je na wózku i wywożono na parter instytutu, gdzie znajdowała się sala sprawowanego kultu (tak ją nazywano). Tam stały już trumny przygotowane przez specjalną ekipę, złożoną z żołnierzy i pracowników firmy pogrzebowej wynajętej do tej pracy. Jeszcze raz sprawdzano nazwisko i porównywano je z listą dostarczoną przez konsula. Następnie ciało wkładano do trumny i nie zamykano jej, gdyż musiało się jeszcze odbyć posiedzenie komisji, składającej się z przedstawicieli rosyjskiego ministerstwa spraw nadzwyczajnych, patologa sądowego, polskiego konsula oraz rosyjskiej służby granicznej. Jeszcze raz porównywano dokumenty z opisaniem ciała na worku i wtedy zezwalano na dalszą procedurę transportu, która polegała na tym, że przewożono je do pomieszczenia, gdzie było owijane w jedwabny całun do wysokości trzech czwartych ciała, a następnie otulane całunem, który był wewnątrz trumny, co tworzyło taki kokon. Nad każdym z ciał modliliśmy się, odbywało się jego poświęcenie, wtedy też do trumny wkładałem różańce oraz pamiątki, jeżeli rodziny sobie tego życzyły. Były to listy, w tym od dzieci, obrączki ślubne, zdjęcia, pamiątki rodzinne. Wkładałem je między całun a ciało, aby były blisko zmarłego. Rosjanie przygotowali dla wszystkich ubrania, czekały gotowe komplety dla mężczyzn i kobiet. Do czego one służyły? Dla wszystkich uczestniczących w identyfikacji było oczywiste, że próba ubierania ciał odzierałaby je z godności. Ubrania można było tylko ułożyć na ciałach, czyli praktycznie przykryć je, i to robiliśmy, gdy zwłoki były już owinięte w jedwabny całun. Dopiero na te ubrania nakładany był zewnętrzny całun, stanowiący wyposażenie trumny. Gdy to wszystko zrobiliśmy, trumna była przez polską ekipę komisyjnie lutowana, a potem śrubami przytwierdzano drewniane wieko. Trumny były bardzo solidne, ciężkie, miały wnętrza z blachy cynkowej. Żołnierze przenosili je do samochodu i w eskorcie policji przewożono je na lotnisko. Kultura tych żołnierzy i firmy pogrzebowej była nadzwyczajna. Ksiądz żegnał wszystkich w chwili zamykania trumien? Mogę powiedzieć, że ze zmarłymi byłem od początku, zanim zaczęła się identyfikacja, aż do chwili, gdy zamykano ostatnią trumnę. Z ostatnimi trumnami wróciłem do Polski. Stefania Falasca w najnowszej książce definitywnie wyjaśnia przyczynę śmierci papieża Jana Pawła I - podaje „La Stampa”. Włoski dziennik informuje, że tuż przed śmiercią Ojciec Święty zlekceważył silny ból w klatce piersiowej i sam zdecydował o tym, by nie informować lekarza. Kardynał Albino Luciani, znany światu jako Jan Paweł I, zmarł nagle 28 września 1978 roku, zaledwie 33 dni po rozpoczęciu pontyfikatu. Papież został znaleziony w swoim łóżku, z notatkami w ręku. Choć jako oficjalną przyczynę Watykan podał atak serca, to natychmiast pojawiły się teorie spiskowe. Spekulowano, że Ojciec Święty mógł zostać otruty, a przed ujawnieniem trzeciej tajemnicy fatimskiej pojawiły się teorie, że to jej szokująca treść mogła doprowadzić papieża do zawału. Wątpliwości wokół zgonu Jana Pawła I ma rozwiać książka "Papież Luciani. Kronika śmierci". Publikacja autorstwa watykanistki Stefanii Falaski ukaże się 7 listopada. Pisarka dotarła do wcześniej niepublikowanych relacji świadków i tajnych dokumentów Stolicy Apostolskiej, w tym do karty choroby papieża. Okazuje się, że kluczowe w całej sprawie są ostatnie godziny przed nagłą śmiercią papieża. Ich przebieg znamy dzięki relacji nieżyjącego już papieskiego lekarza Renato Buzzonettiego, która została przez niego przygotowana na zlecenie Sekretariatu Stanu w październiku 1978 roku. Wynika z niej, że podczas wieczornej modlitwy papież poczuł intensywny ból w okolicach mostka. Ojciec Święty miał jednak sam zadecydować o tym, by nie wzywać lekarza, a ból wkrótce ustąpił. Sam papieski medyk dowiedział się o tym dopiero po czasie, gdy Jan Paweł I już nie żył.

janina paradowska przyczyny śmierci